piątek, 8 listopada 2019

Nigdy nie wiesz co przyniesie Ci Jutro


Spotykam dawno nie widzianą Przyjaciółkę. Godziny mijają na wspomnieniach, opowiadamy sobie wzajemnie o naszych losach. Nagle słyszę - "pamiętasz Alinę, dzwoniła do mnie kilka dni temu. Nawet nie wiesz co ją spotkało.Potrzebuje pomocy. Ewa może Ty na swoim blogu poprosisz dla Niej o pomoc?".W pierwszej chwili nie kojarzę owej Aliny..ale po kilku słowach mojej Przyjaciółki wracają do mnie wspomnienia..przykre wspomnienia, okraszone łzami.
To były moje początki pracy. Trzeci może czwarty rok pracy z ludźmi starszymi w Niemczech. To był trudny podopieczny...agresywna demencja. Niewiele jeszcze umiałam, nie rozumiałam tej choroby. Jak postępować, jak sobie radzić. Byłam tam jako pierwsza....Załatwiłam tam wolne , telewizor, rozmowy do Polski...dla mojej zmienniczki ale także i dla siebie..bo zamierzałam tam wrócić. Dobra rodzinna, która służyła nam pomocą zawsze, rozumiejąca naszą trudną sytuację, tęsknotę za domem.Jako zmienniczka przyjechała właśnie Alina. Kobieta starsza ode mnie, dla mnie trochę za głośna...taki typ herod-baby jak mawiamy potocznie. Na swój sposób polubiłam Ją.
Mój powrót miał nastąpić na 3 dni przed Wigilią. czas dla wielu Polaków okresem spotkań z rodzinami przy wspólnym stole, czas radości, czasami nostalgii za tymi co odeszli. W taki czas ja pojechałam do pracy. Alina przekazała mi pracę, pokazała załadowaną po brzegi lodówkę. Pamiętam jak powiedziałam...Alina strasznie dużo nakupowałaś, chyba przez rok będę miała co jeść. Nie wiedziałam tylko wtedy, że to nie dla mnie były zakupy..bo kolejnego dnia, dy już Alina busem wracała do domu, ja otwierając lodówkę zobaczyłam tylko światło i przeciąg. Nie było nic. Pustka.
Za 3 dni wigilia a ja nie mam nic. Gdy przyjechał syn....nic nie powiedziałam...Poprosiłam tylko aby kupił mi trochę mielonego.../myślałam to tanie mięso, na dodatek może z niego coś potworzyć poza kotletami mielonymi/. Na wigilię podałam kotlety mówiąc, że to tradycja polska, wigilijna. Do tego zrobiłam pierożki z tym mięsem. Jakiś bulion ze słoiczka. Syn chyba się domyślił, że coś kręcę bo po mojej Wigilii zabrał nas do siebie. Miałam choinkę, piękne prezenty dla mnie....Kilka miesięcy potem powiedział....że wiedział, że Alina zostawiła mnie bez jedzenia, zajrzał do naszej lodówki i wiedział.
A Alina?....Zadzwoniłam do niej przed Wigilią i zapytałam "jak mogłas, jak możesz zasiąść do swojego syto zastawionego stołu wigilijnego mając świadomość, że ja na swoim stole nie mam nic?
W odpowiedzi usłyszałam że jest spełnioną Żoną i Matką, że nic jej nie brakuje a mnie wara od jej sumienia. A ja wieczorami siadałam w swoim pokoju i płakałam...że los taki spłatał mi figiel...dopiero straciłam co Mamę, jestem sama, w obcym kraju..za chwilę Wigilia a ja nie mam nic.

Minęły lata od tamtych zdarzeń...teraz rozmawiając z Przyjaciołką dowiaduję się o dalszych losach Aliny. Wtedy, gdy wróciła do domu miała wspaniała Wigilię...bardzo kochany Mąż, wspaniała Córka, dostatek w domu. Wtedy nie wiedziała, że jest to Jej ostatnia tak radosna Wigilia bo kolejną spędzała już samotnie. Mąż zmarł i dziwnym trafem przepisał dom na córkę. A córka w momencie dostania domu nagle przestała być wspaniała. Przeniosła Mamusię do jednego pokoiku...odwiedza Ją raz na dwa tygodnie. Mieszkają pod jednym dachem a jednak ona nie widuje córki. Jest na jej łasce bo Pan Mąż w testamencie zapisując córce dom,  nie zaznaczył nawet, że Alina ma prawo do dożywotniego w nim zamieszkania. Na dodatek zaraz po wspaniałej, obfitej Wigilii dopadła Ją choroba.Nowotwór....walczy z chorobą do dziś. Ma problem z chodzeniem, bolą kolana, nogi....żyje skromnie. Marzy Jej się pojechać do pracy do Niemiec ale na lekką sztelę....gdzie zakupy robi rodzina bo sama nie da rady, aby nie było żadnych schodów bo nie wejdzie, aby nie dźwigać bo nie ma siły. może być mała pensja byle lekka praca. Chce jechać na święta....bo perspektywa samotnej Wigilii, bez nikogo wpędza ją w depresję.
Nagle słyszę słowa Przyjaciółki ...Ewa, trzeba Jej pomóc, Ona tak zawsze dobrze mówi o Tobie, że byłaś najlepszą Jej zmienniczką. Że nie wychodziłaś przed szereg, robiłaś tylko to za co Ci płacili, konkretna, stanowcza. Ewa, Ona Cię tak dobrze wspomina...
-ale ja Jej nie..- odpalam krótko. Już dawno jej wybaczyłam ale...nie zapomniałam. Nie bierz mnie pod włos, nie słodź mi....nie chcę o Niej słyszeć.
Przy pożegnaniu z Przyjaciółką ponownie ponawia prośbę, aby spróbować Alinie pomoc. "Wiem, Ewa, że mimo wszystko postarasz się pomóc, napisz o tym, może gdzieś dla chorej Aliny znajdzie się lekka praca".
Los bywa bardzo przewrotny, bardzo nieprzewidywalny. Nasze Jutro zawsze jest niespodzianką. Bywa radością, bywa smutkiem ale i bywa rozpaczą. Bywa że nasze Jutro z którym wiążemy plany, marzenia nagle powala nas na kolana. Czy płaci nam pięknym za nadobne ? Czy wymierza nam sprawiedliwość?
Bardzo często się zdarza, że jadąc do pracy zapominacie o drugim człowieku. W komentarzach moich postów pragniecie wyrażać empatię, ale lubicie to robić w przestrzeni, bo nie ma wtedy potrzeby czegokolwiek ofiarowania...miłości, wsparcia, troski Ot po prostu zamykacie laptop...kończy się czytanie, kończy się empatia. Aż do czasu gdy nadejdzie nasze JUTRO.

ps. prośba o pomoc dla Aliny /lekka sztela/ jak najbardziej jest aktualna.
/EE/

środa, 5 czerwca 2019

Stara starość



Nie masz apetytu....tak przynajmniej mówisz...wiec nie jesz. Jeden dzień, drugi, trzeci...
Wstajesz, ubierasz się i kładziesz się na kanapie. Leżysz godzinę, dwie, trzy....do nocy. Wstajesz, rozbierasz się i kładziesz się spać.
Jeden dzień, dwa, trzy.....
Depresja? Tak, niewątpliwie to objaw depresji, apatii. Nuda, która Ci towarzyszy od momentu otwarcia oczu rano do czasu ich zamknięcia wieczorem...potęguje Twój stan. Czasami się zastanawiam..czy jak spisz to też się nudzisz?
Próbuję Ci tłumaczyć, proszę, krzyczę, zastraszam....Nic. Nie wiem..czy to niezrozumienie, czy to upartość, chęć pokazania "ja wiem lepiej" a może jest to chęć zwrócenia uwagi na Ciebie ? Może Cię to bawi? Moje dywagacje gdy tymczasem Twój stan bezruchu trwa.
Zgłaszam lekarzowi....przychodzi, uroczo się do ciebie uśmiecha, klepie po ramieniu, mówi..."karl, ..nie masz apetytu"..po czym się odwraca i wychodzi. Machasz do Niego na pożegnanie, uśmiechasz się....pewnie wierzysz, że lekarz dał się nabrać na Twoje znakomite zdrowie..po czym wracasz na swoja kanapę. jestem chyba w jakimś teatrze...dwóch wariatów udaje że są normalni. Jeden udaje, że jest zdrowy a drugi, że mu wierzy.
Zgłaszam rodzinie. W końcu zjawiają się dwaj synowie, z żonami i dziećmi. Jestem pełna nadziei, że ich wizyta "obudzi" mojego podopiecznego. Nadzieja nie podparta wiarą jest nic nie warta. I chyba w tym przypadku ja nie wierzyłam w poprawę sytuacji bo moja nadzieja zdechła już w progu. Rodzina przyjechała..i owszem..ale na urlop. Leżący na kanapie ojciec jakże im na rękę. Nie przeszkadza, niczego nie chce..nie żąda. Mogli bez żadnych przeszkód pojechać na festyn, na lody. Popołudniu bawią się w ogrodzie z dziećmi.
A Ty leżysz na tej swojej kanapie..i nie jesz ..piąty dzień. Jaki spokój..jaka cisza.
Spokój...tylko we mnie zaczyna się powoli gotować. Na bezduszność, na znieczulicę...na bezsilność. Ta moja bezsilność zaczyna mieć barwy wrogości wobec rodziny..bo gdy jeden z synków nagle informuje mnie, że mają ochotę na spagetti....wyrzucam z siebie jak z karabinu..." restauracja jest dwie ulice dalej". Kolejny raz szykuję na obiad zupę...bo jeśli już mój podopieczny coś zechce zjeść to tylko zupę. Zjadam ją w samotności...rodzinka pojechała gdzieś...a Ty ? nadal nie masz apetytu.
Gdy wieczorem rodzinka wraca, rozgląda się po kuchni szuka jakieś kolacji, którą ja winnam była przygotować dla Państwa. Bo zmęczeni są..no i głodni. Ponieważ nadal nie pałam do nich sympatią cedzę "Tata nie chciał  kolacji, nie ma apetytu". Lecz rodzinę bardziej martwi, ich głód niż fakt, że ich ojciec kolejny raz nie ma apetytu. Że ich ojciec potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Idę za ciosem...wobec takiej bezduszności zaczyna mi być już wszystko jedno..czy będę tu, czy też nie i zadaję rodzinie pytanie ? "czy przyjechali tutaj na urlop czy do Ojca...bo póki co.... ich ojciec jak leżał na kanapie tak nadal lezy.
Patrzą na mnie..nie rozumieją czego ja od nich oczekuję. Mówię im więc, że nie muszą mi pokazywać ich wielkiej miłości do Ojca...ale niech pokażą mi choć odrobinę przyzwoitości. Chyba zrozumieli...bo siadają obok ojca, by z nim porozmawiać. Jestem pewna, że odrobina miłości, jest wstanie i zwiększyć apetyt ale i wyciągnąć Ojca z apatii. Zostawiam ich samych...to ich święty czas. Czas rodziny, czas rozmów. Serce moje się raduje, że nareszcie mój podopieczny ma wokół siebie rodzinę.....
I nagle szok.....bo gdy 5 minut później wyglądam przez okno...widzę w ogródku  bawiącą się rodzinkę. Synkowie kopią piłkę, żonki popiją winko, dzieci piszczą czymś rozbawione....
a mój podopieczny zaś.....
Ty leżysz na kanapie. Znowu sam.
W domu cisza, spokój.
"Starość nie radość" a przecież "jak pięknie by mogło być...ziemia jest wielką jabłonią, wystarczy owoców, wystarczy cienia, dla tych co pod nią się schronią "

Nie wiedziałam jaki dać tytuł temu postowi....użyłam więc metafory.....
/EE/


wtorek, 4 czerwca 2019

Respekt




Jakże często się zdarza, że ta nasza "kochana babunia" wcale taką kochaną nie jest..a zwykłą jędzą czy  żmiją. Obraża nas słowami, bywa złośliwa, zgryźliwa. Naśmiewa się z naszej znajomości języka. Na dodatek wszystkim opowiada jak to źle pracujemy.
Niektóre z Was w takich sytuacjach płaczą, inne się odgryzają, sprzeczają a jeszcze inne pakują walizki i wracają do domu. I ja miewałam takie "babunie"...i ja miewałam dylemat co dalej. Zabić nie można...opieprzyć tez nie bardzo....poskarżyć?..ale komu ?...ktoś pewnie powie agencji co jest raczej dodatkowym chichotem od losu.
Ja w takich sytuacjach stosuje pewien sposób. Może nie zawsze skuteczny..ale przynajmniej poprawiam sobie nastrój na dłuższy czas.....bo dać pstryczka takiej żmii to dopiero frajda.
Wybieram najpierw dobry moment...Jaki to dobry moment - ktoś zapyta ? Ano taki, w którym nasza "babunia" nie jest podenerwowana, w miarę spokojna, rozluźniona wielka dama. Pamiętajmy abyśmy same w tym momencie były spokojne, w miarę radosne.
"Wdziewamy" na siebie fartuszek pokory, trochę nierozgarniętej laluni ale chętnej do nauki, ładny, skromny uśmiech i udajemy się do naszej damy. Przepraszamy, że przeszkadzamy...ale ona taka mądra i dobra, to na pewno nam pomoże. Otóż uczymy się języka i nie bardzo sobie możemy poradzić z jednym słowem. Nie rozumiemy go i czy Ona taka mądra zechciałaby nam wytłumaczyć.
Nasza Dama rośnie..bo przecież głupia Polka..bez niej sobie nie poradzi. Kiwa nam głową na znak...że ewentualnie pomoże. I gdy już wyraża zgodę..to pytamy ją o znaczenie słowa "respekt"../ my wiemy, że to szacunek, ale pytamy/. Ważne...żadnego w tym momencie uśmiechu..tylko skupienie i czekanie na słowa naszej damy.
Jeśli nasza dama wie, że jest żmiją to będzie uciekała od odpowiedzi..ale wtedy ją delikatnie zachęcamy..że bez niej to my się zapłaczemy..że tylko ona nam może pomóc. Każda ...ale to każda żmija na taki lep się nabierze. I zaczyna nam kochana "babunia" tłumaczyć...że to Achtung. My udajemy, że nadal nie łapiemy, nie rozumiemy. więc nasza dama coś tam kombinuje.Słuchamy ją albo i nie i czekamy na moment by ją prosić.... Prosimy ją, by podała nam jakieś przykłady bo nadal nie bardzo kumamy.....Babunia...na ogół najgorsza żmija..kręci się i wije..jak tu wybrnąć..coś tam klepie..albo i nie.
Pytamy ją więc czy ten respekt to np. respekt do Ojca, respekt do Mamy...a na koniec dorzucamy i ten Achtung dla polskiej opiekunki.  Zazwyczaj nasza dama nie ma wyboru i musi nam potwierdzić. Bywa, że milknie na chwilę..bo widzi, że wpadła we własne sidła..bo przyznać się do szacunku dla polskiej opiekunki...to tego się nie spodziewała.  I gdy w końcu kiwnie nam głową na znak, że "tak"...to wtedy z uśmiechem lub też nie mówimy: " ja rozumiem już i Pani mam nadzieję że juz też"...albo " jak miło że Pani wie o szacunku dla polskiej opiekunki".../mogą być inne wersje..ważne aby były krótkie/..po czym wstajemy ,jeśli siedziałyśmy, i wychodzimy.
Bądźcie pewne....że szacunku tym sposobem nie uzyskamy...ale respekt wobec nas to już na pewno. Już bedzie wiedziała, że sroce nie wypadłyśmy z pod ogona, że swój rozum mamy i co najważniejsze....że my wiemy, że nie traktuje nas z szacunkiem.
I od tego momentu miejmy w d...kochaną babunię. dobre serce chowamy do walizki i wykonujemy tylko to co do nas należy. Nawet usmiech reglamentujcie. Bo jeśli chcemy latać z orłami to nie ma sensu taplać się z kaczkami.
/EE/

wtorek, 14 maja 2019

Dobry apetyt


Te wyjazdy do Niemiec, 14-letnia praca w Niemczech z ludźmi starszymi, schorowanymi bardzo mnie zmieniła. Każde nowe miejsce czegoś mnie uczy, odkrywa przede mną ukryte przez lata tajemnice. Uczy pokory, wdzięczności za każdy dany mi nowy dzień ale i dbania o siebie. Dbania o swój wygląd, swoje zdrowie ale i o moją psychikę. Każde miejsce uzmysławia mi, że codzienna praca nad sobą to praca o moją przyszłość. Bo to nie jest tak, że los nas karze, zsyła jakieś przykre niespodzianki...to my jesteśmy..tu i teraz kreatorami naszej przyszłości.
Pamiętam Twój uśmiech.....siedząc razem w pełnym słońcu na tarasie..uśmiechałaś się do mnie ciepło. Twoje oczy pełne ciepła szukała we mnie wsparcia, dobrego słowa, które mogą przynieść nadzieję dla Ciebie na zdrowie. A zdrowie zaczynało Ci umykać. Zdiagnozowany kilka miesięcy wcześniej nowotwór w głowie się nie cofał. Jeździłam z Tobą na chemię, znosiłaś ją dobrze i godnie.
Pamiętam, gdy pierwszy raz upadłaś. Była piękna pogoda, bezwietrzna, wracałyśmy z kolejnej chemii, gdy nagle już koło Twojego domu upadłaś. Próbowałam Cię podnieść..ale byłaś większa ode mnie i cięższa. Miałaś około 150 kg. Pobiegłam na pomoc do sąsiadów..w trójkę Cię podnieśliśmy..ale nie umiałaś ustać na nogach. za każdym razem upadałaś znowu.
Później te upadki zdarzały się częściej. Zawsze wtedy przyjeżdżał syn z kolegą by ponownie Cię podnosić. Już wiedzieliśmy...więcej chemii nie będzie. Nowotwór robił swoje. Któregoś razu, gdy kolejny raz syn próbował Cię dźwignąć...Ty nagle czule pogłaskałaś syna po policzku. Patrzyłaś na Niego smutnie ale ileż w tych Twoich oczach było miłości.  Takie nieme słowo..."dziękuję" a może rezygnacja, a może znak, że to koniec. Zażenowana odwróciłam wtedy głowę...To był ich czas, ich moment, Matki i Syna.
Myślę, że właśnie wtedy zapadła decyzja, że moją podopieczną wyślą do hospicjum. W ostatnim dniu, jakby na pożegnanie odwiedziły ją przyjaciółki. Było ciasto, dobre jedzenie jednak rozmowa jakby się nie kleiła. w powietrzu zawisł smutek, żal, rezygnacja. W pewnym momencie, gdy moja podopieczna wcinała kawałek ciasta, jedna z koleżanek powiedziała "Inge, masz dobry apetyt".I wtedy padła odpowiedź..słowa, których nie zapomnę. Słowa, które przyświecają mi każdego dnia, słowa, które stały się dla mnie wielką lekcją...
- "tak, mam dobry apetyt i ten dobry apetyt mnie zabił ".
Gdyby bowiem nie ta jej nadwaga umierać by mogła w domu. Ale  te jej upadki i niemożność jej dźwigania z racji wagi sprawiły, że musiała jechać do hospicjum.
Następnego dnia nastąpiło pożegnanie. Już przy karetce..Ty siedziałaś na łózku, nie chciałaś leżeć i ja stojąca naprzeciwko Ciebie. Co miałam Ci powiedzieć? "alles gute" zabrzmiało by jak żart, jak chichot Pana Boga. Co w takim momencie można powiedzieć, gdy wiem, że jedzie gdzieś tam by umrzeć ? Pamiętam, że zdołałam tylko powiedzieć Ci "dziękuję" a łzy same leciały mi po policzkach. Ja ta silna, mocna, asertywna nie potrafiłam powstrzymać łez. Przytuliłaś mnie bez słów.
Teraz, gdy piszę ten post..Ty jesteś już wśród Aniołów. Może patrzysz też na mnie. Wiedz, że nigdy Cię nie zapomnę...ale i nie zapomnę lekcji jaką mi dało spotkanie Ciebie.
Od tego bowiem dnia..bardzo radykalnie podchodzę do swojej wagi. Gdy tylko kilka kilo nadwagi u siebie dostrzegam..zaczynam dietę i ćwiczenia, długie spacery by tylko powrócić do swojej wagi.
Bo to praca nad sobą, nad moim zdrowiem..praca nad moją przyszłością...
Niech nikt mi nie mówi..że kochanego ciałka nigdy dość.....że dobry apetyt to i dobre zdrowie, dobra kondycja. Ja wiem, że umiar w jedzeniu to moja lepsza przyszłość
Często gdy przyglądam się moim zmienniczkom...otyłym, mających problem wejść po schodach, bo bolące kolana, stawy....widzę w mojej wyobraźni Ingę. Jest mi wtedy smutno, przykro bo wiem, że część z moich zmienniczek może skończyć jak Inge...w hospicjum. Bo ktoś tam , gdzieś, nie będzie miał siły dźwigać, podnosić, opiekować się. Bezmyślne jedzenie, obżarstwo musi kiedyś zakończyć się tragicznie. I wtedy ktoś znowu wypowie te znamienne słowa
"dobry apetyt mnie zabił "

/EE/



środa, 20 lutego 2019

Praca czy robota ?



Kolejne miejsce pracy. Po wszystkich achach o i ochach z rodziną i z podopiecznym siedzę w małym pokoiku z moją zmienniczką. Jak się okazuje kobieta jest tu drugi raz...i to długoterminowo. Zna podopiecznego jak własną kieszeń. Mówi o spokoju, dużej ilości czasu i naraz ...głos jej się załamuje gdy zaczyna opowiadać o gotowaniu. Okazuje się, że podopieczny jada tylko niemieckie rzeczy. Żadnych polskich dań. Ze łzami w oczach opowiada jak wstaje o 6 rano by ugotować zupę i drugie...na wszelki wypadek gotuje dwa dania gdyby jednego nie chciał.....Przychodzi pora obiadu....a podopieczny po szybkim zlustrowaniu stwierdza, że nie jest głodny. Nie je nic.Placki ziemniaczane- nie, racuszki-nie, pierożki-nie, gołąbki-nie.Prawie płacząc wymienia zmienniczka potrawy których podopieczny nie je. Fakt nie obraża, nie złości się...grzecznie odpowiada "nie, dziękuję". Tyle godzin pracy...tyle starań. Dobre przyprawy, zdrowo...a On..."nie". Mięsa też nie wszystkie zje. Bo trzeba gryźć. Czasami zje jakąś rybę...ale i to nie zawsze. Nagle moja zmienniczka zbiega na dół by po chwili wrócić z garnkiem z zupą...by mi pokazać jaką ewentualnie zje. Patrzę....kolor gówniany....dosłownie kolor gówniany. Zapach owszem...warzywa....i w tym pływają klopsiki małe z mielonego mięsa. Pytam..."jaka to zupa". - rosół- odpowiada zmienniczka. Jak się okazuje taki rosół widziała jak Niemka gotowała. Polega on na tym....że warzywa ugotowane na mięsie rosołowym blenduje a potem tę papkę warzywną wrzuca do bulionu /rosołu/. Nie słyszałam o takiej metodzie na rosół ale kto wie co Niemcy nie są wstanie wymyślić. Zastanawia mnie skąd ten kolor brąz...jeśli warzywa to winien być chyba zielonkawy...ale już nie wnikam. Nie dobijam moim spostrzeżeniem zmienniczki. I tak widzę,że jest załamana tym gotowaniem.
Idę do swojego pokoju a w głowie " kuźwa co ja mu będę gotować jak On nic nie je?". Trochę jestem podłamana tymi wiadomościami ale stosując się do swojej zasady..."nie martwić się na zapas" kładę się do łózka z przeświadczeniem, że jutro też jest dzień. Jutro się będę martwić...teraz czas na sen.
    Rano wstając..zaczynam główkować...a właściwie przypominać sobie wszystkie mądrości mojej Babci.  Tak swoją drogą, gdybym mojej Babci tak grymasiła z jedzeniem to na bank przez tydzień miałabym co najwyżej wodę i chleb. Ale co Babcia zrobiłaby na moim teraźniejszym miejscu?
Na pewno by powiedziała, że pojechałam do pracy a nie do roboty...czyli...pracuj tak aby się nie narobić...bo robota tylko głupiego lubi. Mądrzy pracują. Więc wczesne wstawanie od razu wykreslam z mojego planu dnia.Idąc dalej tym tokiem myślenia...dochodzimy do wniosku, że "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu". Tym samym Ewka..masz znaleźć drogę na skróty.
teraz zaczynam rozmyślania..."co jedzą Niemcy?" Co jest charakterystyczne dla ich posiłków ?
I tu od razu strzelam "jedzą puszki !!!!". I pewnie dlatego są tak zakonserwowani, że dożywają 100-ki. Nie to co Polacy...na zdrowym żywieniu 70-siąt . Okej. Ale to już inny temat. Więc jędzą puszki lub inne gotowce...i duuuużo Maggi. Maggi, dzisiejsze maggi, które nijak się ma do oryginalnego przepisu tej Marki. W oryginale stoi....lubczyk !!!! A ten dzisiejszy , współczesny ma całą tablicę mendelejewa tylko nie ma lubczyku. Ale Niemcy go kochają,,, tak jak i te rosołki, puszki z niby bulionem /Polki też to akurat lubią/. A więc mamy...konserwy i konserwanty...haha..recepta na niemiecką długowieczność.
I cała szczęsliwa porannymi przemyśleniami lecę do sklepu. Tutaj mam tylko jeden i sklep mięsny. Na potrzeby dziadka..wystarczy. I tak znajduję w chłodziarce sklepowej....w workowym flaku /podobnie jak polskie flaki wołowe zapakowane/ różnego rodzaju zupy. Pytam jeszcze na wszelki wypadek sprzedawczyni..czy te zupy są już przyprawione i po twierdzącej odpowiedzi wybieram groszkową. Trzy talerze zupy dla podopiecznego mam z głowy. Jeszcze tylko te maggi i wracam do domu. Ten gotowiec do garnka, trochę wody, troszkę mięska / mam bo gotuję sobie normalną zupę..polską/ ..dużo magii..by śmierdziało i po podgrzaniu ...na talerz.
Podopieczny przeszczęśliwy....Jak sam mówi..taką zupę gotowała jego żona...identyczna. Oj "Ewa..jak Ty dobrze gotujesz". W rączkę /moją spracowaną/ całuje. Obiecuję mu, że  jeszcze zupę mamy. prosi na dzień następny. Oczywiście w trakcie tej wymiany zdań..nie omieszkam poinformować, że przy tej zupie urobiłam się po łokcie. Wcześniej wstałam...szybko sklep..i całe przedpołudnie przy garach. Dziadek ze zrozumieniem kiwa głową, w rączkę całuję i idzie sobie poleżeć po obiadku.
Drugie danie....co ugotować, by niemieckie było. Pamiętam, że ma być miękkie, więc na początek postanawiam zrobić gulasz z kurczaka. Małe prawdopodobieństwo, że będzie nie ok według podopiecznego. więc podsmażam małe kawałki kurczaczka i....nie kochani, żadnych własnych sosików. Od tego mamy sosy gotowce, najlepiej te pakowane po 2 lub trzy w małych kartonikach. Mają przecież śmierdzieć maggi i mieć chemię. Wrzucam więc opakowanie do mojego mięska, trochę wody...i jest obiadek. I tym razem dziadek usatysfakcjonowany, dziękuję kilkakrotnie.
I tak minęły mi 3 tygodnie na tej szteli. Wszyscy wiedzą, że Ewka dobrze gotuje. Dziadek już pytał kilkakrotnie czy zostanę dłużej. On najedzony..ja mam dużo wolnego czasu....ot...żyć nie umierać. 
Tak drogie Panie..."droga na skróty" jest czasem najlepszą drogą. Pamiętajmy nie uszczęśliwiać naszych podopiecznych na siłę. Jeśli całe życie jadł puszkę to i z tą puszką chce umrzeć. Wyobraźmy sobie siebie samych w tym wieku. Jadaliśmy całe życie np. masło a tu nagle opiekunka zaczyna swoje wywody, że źle, bo to czy tamto. Ze tylko margarynka z omega3. I choćby nie wiem jak długo się produkowała my chcemy swojego masła. Bo je lubimy, bo je znamy.
I tego oczekują od nas nasi podopieczni. Nie rewolucyjnych zmian...chcą to co znają. Owszem zdarzają się rodziny, które lubią smakować nasze polskie dania. Lubią nasze przyprawy i smaki. Ale jakże często jednak chcą swojej tradycyjnej puszki, swojego smaku, swojej maggi.
Nie próbujmy na siłę uzdrawiać naszych podopiecznych. Nie są w końcu upośledzeni /przynajmniej tak twierdzą/ i wiedzą czego chcą. Płyńmy z nurtem..ich nurtem a nasza praca wyda nam się łatwiejsza i lżejsza.
Pamiętajmy...jedziemy zapracować na nasze potrzeby a nie się narobić. Co my wielbłądy jesteśmy ?
Pięknego dnia kochani.
/EE/



wtorek, 8 stycznia 2019

Emocje



Kiedyś pisząc o pracy z pacjentami demencyjnymi mówiłam o naszych emocjach tej pracy towaryszących. Mówiłam o zaakceptowaniu ich i radzeniu sobie z nimi.. Ale emocje, nawet i te złe są obecne także i w naszym codziennym, rodzinnym życiu. Chyba nikt nie jest od nich wolny.
To gniew, złość, irytacja itd. Pojawiają się wtedy, gdy coś nam się nie udaje, gdy pojawia się jakaś przeszkoda, problem.  Sztuka jest odpuszczenie sobie. Uczyłam się tego dość długo..nadal się uczę....i wiecie co? to działa.
Dostaję jakieś pismo urzędowe, jakiś problem w pracy z trudną podopieczną czy wyegzekwowaniem czasu wolnego. Jak załatwić, jak postąpić...czasami wydaje się, że nic już się nie da zrobić. W padam w przygnębienie, złość, irytację. Złoszczę się na samą siebie...że nie umiem , że nie potrafię. Nagle pojawia się strach....co ja zrobię?, jak dam sobie radę ? Potem stwierdzam, że jestem do niczego bo nie umiałam tego czy tamtego. Ze zapomniałam, że zaniedbałam. I tak od jednej złej emocji zaczyna się cały ciąg kolejnych...niszczących, zgubnych i wcale nie rozwiązujących mojego problemu a wręcz odwrotnie.  Ten strach...że się nie uda, brak wiary w siebie naprawdę potrafi zrujnować niejednej osobie życie. Problemy zamiast znikać nawarstwiają się. Już nie mamy jednego problemu ale cały ich ciąg. Popadamy w zgorzknienie, w depresję a cały świat wydaje się beznadziejny.Często wtedy ranimy innych ludzi, znajomych, dzieci, rodziców.
Tak było kiedyś i ze mną. Az w końcu zaczęłam odpuszczać. Często postępowałam jak Scarlett i mówiłam "jutro też jest dzień...jutro pomyślę". Przed snem zwracałam się do Boga..mówiąc.."załatw to proszę, bo ja nie umiem. Bo ja nie dam rady". I z pełna wiarą, że na pewno to załatwi zasypiałam. Nie czekałam na ten cud zaraz po wygłoszeniu prośby...ale uważając, że mój problem z cedowałam na kogoś innego spokojnie zasypiałam. Pełna wiary i nadziei na dobre jutro.
Z perspektywy czasu wiem, że wiara i nadzieja to już droga ku dobrym emocjom, Droga prowadząca ku jasnej stronie naszego życia. Rano wstawałam zupełnie z innym nastawieniem. często bardzo pozytywnym i udawałam się z pismem do urzędu gdzie wszystko lepiej lub trochę gorzej załatwiałam. Na inne jakieś problemy odnajdywałam cudowne rozwiązania. Niektóre same się rozwiązywały.
Tak samo postępuję z problemami moich przyjaciół. Gdy przychodzę do nich pozwalam im się wygadać. Opowiadając swoje zdarzenie, machają rękami, krzyczą, złoszczą się, bywa, że przeklinają, Słucham ze spokojem, czasami zamawiam w trakcie pizzę. Delikatnie mówiąc olewam ich. Bywa, że wykrzykują do mnie, że ich nie słucham, nie rozumiem. A ja po prostu pozwalam im się wykrzyczeć. Gdy kończą...proszę o herbatę, namawiam do zjedzenia pizzy, ciasta czy coś tam innego po czym proszę by opowiedzieli swój problem jeszcze raz. Bo nieuważnie słuchałam, bo coś nie zrozumiałam.
Zaczynają wtedy opowiadać ponownie...ale ich ponowna opowieść nie ma w sobie już tego krzyku, gestykulacji. Bywa, że w trakcie opowiadania naraz krzykną " Ewka, wiem. Jak mogłam o tym wcześniej nie pomyśleć". Ich opowieść jest pozbawiona złych emocji..a wtedy właśnie pojawia się rozwiązanie lub po prostu problem wcale nie okazuje się jakimś problemem.
Odpuszczanie...to ktoś powie..."życie na luzie", "nieroztropne, nierozważne czy wręcz bezmyślne.
A to jest po prostu odpuszczenie. Nie pozwalanie na to aby jakiś problem dominował i kierował moim życiem, mną samą. Problem to coś co należy rozwiązać a nie nim się karmić. Minuta po minucie, dzień za dniem. Nie stanowi sedna mojego życia. Często w takim trudnych sytuacjach powtarzam sobie "to przecież przeminie". Bo wszystko przemija. Radość z wtorku przeminie..dlaczego więc i mój problem ma nie przeminąć? Wszystko przemija i nastaje wtedy inny dzień, inny czas..w którym zaświeci słońce. Potem znowu deszcz. Deszcz jak i nasz problem przeminie...ale i jest potrzebny lasom, łąkom, polom. Tak jak i nasze problemy są potrzebne...by czegoś się nauczyć. By nie dopuścić do sytuacji aby problem pojawił się na nowo ten sam. Jakiś inny...i owszem, ale nie ten sam.
Mając świadomość, że nasze problemy przeminą. Że po burzy wychodzi słońce zaczynamy się uśmiechać. Zaczynamy słyszeć śpiew ptaków, w naszym sercu świeci słońce. I wtedy wyzwalamy w sobie nowe emocje...te dobre. Te budujace. Te które sprawiają, że nasze życie nabiera barw i kolorów.
Dlatego też...nie wstydźmy się naszych złych emocji. Gdyby ich nie było....to nie umielibyśmy docenić tych naszych dobrych emocji. Dobrych dni i lat.
A mając już świadomość przemijania...doceniajmy i dziękujmy za każdy promień słońca. Każdy uśmiech sąsiada, każdy nowy dar losu. Dziękując wysyłamy światu i ludziom dobrą energię która, pamiętajmy...zawsze do nas powróci.
Życzę wszystkim w tym Nowym Roku jak najwięcej dobrych, radosnych darów losów.
/EE/

niedziela, 16 grudnia 2018

Wyrodna córka..wyrodny syn. Dzieci naszych podopiecznych


Jakże często opiekunki zauważają brak zainteresowania rodzin ich chorym rodzicem. Często są to tylko smutne wyznania ale i bywa tak, że empatyczna opiekunka wręcz z ogromnym oburzeniem stwierdza, jak to musi sama wszystko bo rodzina ma to w przysłowiowej dup..... Oskarżając nie zapomina nigdy dodać, że to Niemcy ..bo My Polacy to mamy serce, umiemy się opiekować i w ogóle jesteśmy najlepsze.
Rzadko kiedy opiekunka na chwilę się zatrzyma ..by pomyśleć dlaczego ta rodzina "zaniedbuje" swojego członka rodziny. Jaki jest powód ?
Nigdy nie osądzałam w tym względzie zachowania rodzin. Zawsze gdzieś w podświadomości zakładałam, że może faktycznie nie mają czasu, może faktycznie są tak zmęczeni trudami dnia codziennego że chcą tak po prostu wieczorem, po pracy odpocząć. Czasami zakładałam, że mają jakieś inne ważne powody, jakieś żale, niedomówienia czy też pretensje. Niewyjaśnione sprawy z wcześniejszych lat. Może to wynika z faktu, że ja najpierw staram się dostrzec w drugim człowieku to co dobre, co godne jest uwagi.
Moja obecna podopieczna..okolice Bremen...Jestem tutaj już drugi raz..więc mogę stwierdzić, że znam tę rodzinę od pół roku. Pół roku obserwacji, zadumy, zastanowienia się.
Córki..dwie. Odwiedzają matkę raz na miesiąc. Wizyta pół godziny. Mieszkają blisko..10 minut drogi. Ktoś by powiedział..wyrodne córki. Nie dbają o matkę. Ja milczałam, obserwowałam..
Dzisiaj odwiedziła jedna z córek matkę. Wie, ode mnie, że Pan Mąż..a Jej ojciec jest trudny we współżyciu.Jego ciągłe zmiany nastrojów, wybuchy złości, rzucanie rzeczami o ścianę czy podłogę bardziej mnie męczą niż agresywna podopieczna z Alzheimerem. Pisałam o Niej.
I właśnie dzisiaj powiedziałam o tym córce...że jestem zmęczona Panem Mężem. Ze najchętniej już bym wyjechała.
I nagle córka wyznała" Ewa, a jak myślisz dlaczego ja tak rzadko odwiedzam Matkę ? Też mam go dosyć z tą jego agresją, despotyzmem i myśleniem że wszystko robi najlepiej. To o czym mi opowiadasz..o tym wydzielaniu jedzenia Matce w zależności od humoru, o szarpaniu Jej, wykrzykiwaniu ja znam z autopsji. Dlatego tak rzadko tutaj przychodzę. I cieszę się, że Ty tu jesteś, czy też inna Polka, że pomagacie mojej Mamie mimo, że to trudne."
Pokiwałam głową. Rozumiem. Nie potępiam ich decyzji, Nie osądzam.  
Nie osądzajmy członków rodzin gdzie akurat przyjdzie nam pracować. Starajmy się ich zrozumieć. A jeśli już nawet trafimy na egoistyczną córkę o której często mówi się wyrodna..to wybaczmy Jej ale nie osądzajmy. Żadna z nas nigdy nie była na jej miejscu. Żadna z nas nie żyła jej życiem...nie posmakowała jej radości  ani trosk. Jesteśmy tam by pomóc ich choremu rodzicowi..i starajmy się to robić najpiękniej jak umiemy.
Nawet jeśli trafimy na taką wyrodną córkę czy syna pomyślmy....że to nie człowiek modli się do Boga, tylko Bóg modli się do człowieka. Puka do Jego drzwi. Jestem pewna, że nadejdzie dzień gdy zapuka także do takiego wyrodnego syna czy tez córki. 
I na koniec taka mała moja rada. 
Jeśli będziemy żyli jako ofiary okoliczności, wiecznie skupione na tym, co jest nie tak ze wszystkim i wszystkimi, nigdy nie uda nam się ukształtować własnego życia, jakiego byśmy pragnęli. 
/EE/



sobota, 15 grudnia 2018

Dziewczyny nie dajcie się...







 Moja podopieczna ewidentnie była źle traktowana przez swojego męża. Zawsze miał rację, zawsze dyktował co jej wolno a co nie. Żadnych koleżanek, przyjaciół tylko ON. A ona czekała na niego, czekała kiedy poświęci jej trochę czasu..kiedy okaże miłość.
Teraz na stare lata dopadła ją choroba duszy...Alzheimer. I mimo tej choroby nadal czeka...czeka aż skończy on rozmawiać przez telefon. Czeka, kiedy skończy swoją gimnastykę i do niej przyjdzie. Czeka , kiedy on czyta gazetę. Czeka..czeka...Potem następuje pięć minut miłości ...meine liebe, meine schatz....by po tym czasie znowu na nią krzyczeć, szarpać.
Jestem tutaj po raz drugi. W tym obcym dla mnie domu.
Podczas pierwszego mojego pobytu jeszcze jakoś starał się trzymać fason. Teraz już nie. Coraz częściej dostrzegam jego chamstwo tym razem skierowane w moją stronę. Potrafi krzyczeć, rzucać przedmiotami. A moja podopieczna to wszystko widzi. Obserwuje.A jej stan chorobowy lawinowo się pogarsza.
W tym domu ewidentnie brak było szacunku, miłości. Sąsiedzi unikają go. Czasami z nimi rozmawiam, choć raczej ich wymowne milczenie więcej mi mówi niż słowa. Żadnych odwiedzin, żadnych wizyt. Nic. Pustka.
Ileż razy kobieta oddaje swoje serce, swoje życie w ręce mężczyzny. Ileż razy staje się przysłowiową ścierką do podłogi we własnym domu w rękach mężczyzny. Jakże często mężczyźni nie zauważają, że za ich siłą stoi silna kobieta, dzięki której są właśnie silni.
Wiele kobiet milczy, płacze po kątach...a przecież jeśli związek trzeba utrzymywać w tajemnicy to znaczy, że nie powinna kobieta w takim związku trwać.

Poniżej filmik..nagrany kilka dni temu dla Was...dla Kobiet. Dla jednych na otarcie łez, dla innych ku radości i uśmiechu. Bo wszystkie bez względu na wiek..ilość kilogramów, kolor włosów jesteśmy the best. Jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na wszystko co najlepsze.
I tego Wam wszystkim życzę.
/EE/



niedziela, 2 grudnia 2018

Alzheimer...to trudny czas dla rodzin, opiekunów




To dziwne uczucie móc obserwować pacjenta demencyjnego w czasie gdy przechodzi wraz z upływem czasu z jednego stadium do kolejnego swojej choroby. Na końcu tej wędrówki najczęściej trafiają do heimu lub do specjalistycznej kliniki. Przez długie lata pracy było mi dane obserwować także rodziny chorych osób. Ich reakcje, zachowania, gniewy, nadzieje.
Moja obecna podopieczna z Alzheimerem  zbliża się do końca swojej wędrówki. Poznałam ją ponad pół roku temu. Przyjechałam do jej domu jako już kolejna opiekunka. Moje poprzedniczki albo uciekały albo były wyrzucane przez...Pana Męża. I nie dlatego, że źle pracowały ale że Pan Mąż wiedział wszystko lepiej.  Pamiętam jak wyrzucał mnie z łazienki w trakcie mycia chorej bo w jego mniemaniu on to robił lepiej. Uzależniał podopieczną od siebie samego tym samym sprawiając, że już wtedy, bardzo zaawansowanej chorej z Alzheimerem trudno było zaakceptować jakąkolwiek opiekunkę. Moje poprzedniczki skarżyły się agencjom, że nie mają żadnej kontroli nad rozkapryszoną i rozpuszczoną przez Pana Męża żoną. Ja też takiej kontroli nie miałam. Pan Mąż wiedział lepiej i basta.
Pamiętam jedną z rozmów z Panem Mężem, gdy to twierdził, że nigdy nie odda żony do heimu. Motywował to faktem, że tam źle opiekują się chorymi, szpikują ich tylko lekami, by chorzy siedzieli jak mumie, z cieknącą śliną z ust, gdy tymczasem personel się "bawi". Nie to co On.  Przemilczałam te słowa...notabene milczenia też nauczyłam się w Niemczech. Więcej słucham, obserwuję  aniżeli mówię. I tym razem przemilczałam słowa Pana Męża..ale w myślach tylko westchnęłam..."nigdy nie mów nigdy". Nie spostrzeżesz się nawet gdy opieka nad chorą żoną pozbawi Cię sił, chęci. Gdy po prostu nie dasz rady..Ty wszystkowiedzący i najlepiej się opiekujący. Bo jakbyśmy nie krytykowali heimów,,,to jednak pracuje tam wykwalifikowany personel, mający doświadczenie, znający zachowania osób demencyjnych a upatrywanie w nich potworów uważam wręcz za niegodne i bardzo krzywdzące.
I tak minęło pól roku. znów jestem w tym samym domu. Pan Mąż czyta gazetę a moja podopieczna obok "śpi" na siedząco...Kiwa się, mruczy. Co jakiś czas otworzy oczy...i wtedy widać błędny, daleki wzrok. Naszpikowana lekami po to by Pan Mąż mógł nareszcie mieć spokój.
Opieka nad chorą żoną zdecydowanie go przerosła. Widać na jego twarzy zmęczenie, często dostrzegam bezradność. Jeszcze czasami próbuje nadal "cwaniakować" jak kiedyś...ale to bardziej wynika z jego charakteru i z tego jego "ja wiem lepiej" niż z rzeczywiście sprytu, zaradności. Nie przypominam o jego słowach, że On nigdy nie doprowadzi do sytuacji gdy Jego żona będzie siedziała jak mumia.
Nieraz w wybuchach gniewu..krzyczy do mnie "powiedz co mam robić..przecież znasz się na tym"..lub "nie chcesz mi pomóc, doradzić". Wtedy spokojnie odpowiadam, że nic nie dadzą moje rady, gdy Ty zawsze i tak będziesz wiedział lepiej. Popełniłeś w tej swojej ignorancji, arogancji mnóstwo błędów. Zapewne popełnionych także z buzujących w Tobie emocji. Bo Ty kierujesz się emocjami zaś opiekunka doświadczona kieruje się rozsądkiem, dlatego istnieje zawsze prawdopodobieństwo, że pomyłek będzie miała mniej. Naucz się słuchać..rad opiekunek, lekarzy. Czytaj jak radzą sobie inni. Nie sądź, że tylko Ty potrafisz najlepiej. Zacznij dostrzegać wokół siebie ludzi, którzy chętnie Ci pomogą. Tylko trzeba się nauczyć korzystać z pomocy. Krzyk, agresja, emocje na pewno Ci w tym nie pomogą.
Moja podopieczna tymczasem..jest coraz częściej dalej niż bliżej Dalej od Męża, dzieci i tego naszego świata. Staram się ją czasami na dłużej w tym naszym świecie zatrzymać...ale leki robią swoje.


Rodziny naszych podopiecznych. Bywają różne. Bywają, że doceniają nasze doświadczenie, znajomość tematu. Wierzą i nam ufają. Pokładają w nas nadzieję, że zrobimy wszystko, by nasz podopieczny jak najdłużej był sprawny. By z godnością, w spokoju mógł doczekać końca swojej wędrówki.
Ale bywają rodziny, które najczęściej kierując się emocjami wręcz utrudniają naszą pracę lub wręcz oczekują od nas cudów.
I problem pewnie nie leży w tym, że my jesteśmy Polkami a oni to wielkie Niemcy. Problem polega na tym, że rzeczywistość  ich przeraża i przerasta. Bo co innego mówić o chorym z Alzheimerem a czym innym jest mieszkać z Tą osobą a czym innym jest świadomość, że ta choroba dosięgła kogoś z najbliższych. W takich sytuacjach..strata i cierpienie są nieuniknione, szczególnie wówczas, gdy kochamy i jesteśmy do kogoś przywiązani.

Jestem opiekunką od 14 lat...Praca z chorymi nauczyła mnie milczenia. Kontakt z rodzinami nauczył mnie milczenia.  Zrozumiałam bowiem, że mówiąc za dużo, tracę szansę, by odpowiednio poznać ludzi i w pełni zrozumieć ich punkt widzenia. Bo gdy ktoś..a może samo życie opowiada Ci jakąś historię, to zapewne dlatego, że dotyczy czegoś ważnego. Mówiąc mogłabym podeptać ich własność, podeptać ich osiągnięcia, zmartwienia czy łzy. Podeptać ich zycie.

/EE/

wtorek, 6 listopada 2018

Bajerować..to ja też umiem





Każda rodzina otrzymuje nasz profil...niby do akceptacji. Jest tam wszystko. Jaki mam wzrost, ile ważymy, co lubimy a czego nie. Ba...tam jest nawet nasze wyznanie religijne.
Nigdy go uczciwie nie wypełniam....nie mam zamiaru opowiadać się z mojego hobby..bo nie tym będę zajmować się w pracy a tym bardziej nie jest do niczego potrzebne rodzinie. Zresztą wypełniam je tak uczciwie jak uczciwie agencja przedstawia mi swoje oferty. Tym samym doradzam początkującym Paniom..nie bądźcie nadgorliwe w wypełnianiu tych kwestionariuszy. Pod żadnym pozorem nie piszcie że jedziecie po raz pierwszy. czy dopiero drugi. Piszcie że już minimum 10 razy. Jeśli obawiacie się leżących to piszcie że Waszymi podopiecznymi były osoby chodzące i z tymi macie doświadczenie. Bądźcie przy wypełnianiu kreatywne..nadgorliwość zostawcie daleko z tyłu.
Po wypełnieniu formularza nagle dowiaduje się, że rodzina będzie do mnie dzwonić. Zastanawiam się po co. Czytać przecież umieją a w kwestionariuszu jest przecież wszystko. No ale tak sobie życzy agencja więc dobrodusznie zezwalam na taki telefon.
I nagle drynda ten mój telefon...podnoszę słuchawkę i słyszę po pierwszych achach i ochach, pytanie :
- co dzisiaj robiłaś ?
Kuźwa..pyta mnie córka podopiecznej co ja dzisiaj robiłam jakby co najmniej była to moja koleżanka. Na końcu języka mam odpowiedź "a co Ciebie to obchodzi".
Gryzę się jednak w język i mówię " czekałam na Twój telefon" .
Jeszcze kilka lat temu byłam bardziej rozmowna więc opowiadałam jak to wstałam skoro świt i pobiegłam posprzątać kościółek, potem pomagałam ubogim, sprzątałam sąsiada podwórko itd. Moja opowieść nie miała końca...bo musieli uwierzyć, że mają do czynienia z Matką Teresą, która może będzie aż taka nadgorliwa, że po przyjeździe wysprząta im strych, piwnicę i obskoczy ogródek. W końcu naiwnych nie sieją..sami się rodzą.
Tak gadałam kiedyś. Teraz już mi się nie chce..więc odpowiadam krótko " czekałam na Twój telefon".
Krótka cisza...bo w sumie temat został zakończony więc rodzina po drugiej stronie słuchawki kombinuje jaki by mi tu jeszcze bajer wcisnąć. Więc następuje : jak to mamusia nie może się na mnie doczekać, a w ogóle to szykują mi tam raj na ziemi. Apartamenty, internet, wycieczki i kawior. Pytają czy lubię kwiatki..a jakie.
Takie sobie baju, baju będziem w raju.
Jak już pobajerujemy obie z wielkimi całuskami kończymy pogawędkę.
No było zajebiście.
 
 
Po co o tym napisałam ?
Ano po to, aby wiele początkujących opiekunek z wielkim dystansem podchodziło  do różnego rodzaju kwestionariuszy. To nie jest cv  na stanowisko sekretarza w Kancelarii Prezydenta. My staramy się o pracę pomocy domowej..a więc przynieś, podaj, pozamiataj. Często bywa tak, że złożona nam oferta ma się nijak do stanu faktycznego jaki zastajemy. Więc też ktoś nas z bajerował na tyle dobrze i skutecznie, że z własnej woli wylądowaliśmy na tzw. minie.
Bądźcie uczciwe wobec samych siebie. Znacie swoją wartość i chrzańcie tę niby normalność, bo to co normalne jest dla agencji wcale normalnością nie musi być. 
 
/EE/


czwartek, 1 listopada 2018

Nie-zwykły dzień





Dzień Wszystkich Świętych jest szczególnie trudny dla osób, które w tym dniu nie mogą odwiedzić grobów najbliższych. To szczególnie trudny dzień dla opiekunek, zwłaszcza gdy znajdują się w domach w których jest brak zrozumienia dla polskich tradycji, brak zrozumienia dla naszych uczuć.

Wstałam w ten wyjątkowy dzień szczególnie przygnębiona. Może to wina snu,...śniła mi się Moja Mama. Śniadanie dla podopiecznego przygotowywałam jak w transie. To postaw, tamto przesuń, zaparz kawę, chleb pokrój do koszyczka, wędlina, sery ...Moje myśli jednak wędrowały daleko, poza granice Niemiec. Zastanawiałam się jak będzie udekorowany grób mojej Mamy, Babci. Czy będą paliły się znicze. Kto ich odwiedzi, a kto nie.
Gdy jestem w większym mieście, gdy mam wolny czas zawsze w tym dniu szłam na cmentarz niemiecki. Zapalałam na jakimś grobie lampkę. Bywało że na grobie żołnierzy. Nie ważne było czy to Niemiec czy Polak tu leży. To był człowiek, którego dusza teraz może spogląda na mnie.
Tym razem jednak jestem na jakimś odludnym osiedlu. Nie mam możliwości zapalić znicza. Nieśmiało więc przy śniadaniu pytam męża podopiecznej czy mógłby mnie dzisiaj zawieźć do Kościoła. Choćby na 5 minut...ale, że to dla mnie ważne. On, kiwa głową na zgodę, informuje mnie także, że pojedziemy po południu. Nagle zmienia zdanie. Mówi, że pojedziemy zaraz po śniadaniu...Martwi się tylko czy będzie otwarty. Fakt, nie pomyślałam. W Niemczech często kościoły są pozamykane. Informuję go, że jeśli będzie zamknięty to choć posiedzę koło Kościoła. Krótko...ale byle tylko móc się pomodlić w obrębie Kościoła.
Jedziemy. Trochę lżej mi na sercu. Jest mi wszystko już jedno czy będzie otwarty czy nie. Czy to katolicki kościół czy ewangelicki. Wszystko jedno.
Jesteśmy na miejscu. Przez szybę samochodu widzę jak do Kościoła zbliża się jakaś kobieta. Wstępuje we mnie nadzieja, że Kościół jest otwarty. Mąż podopiecznej też zauważa tę kobietę, szybko wysiada z auta i pędzi za kobietą. Widzę jak rozmawiają...wysiadam także. Podchodzę do nich niepewnie....I nagle słońce zaświeciło w moim sercu...to Polka. Mówi, że zaraz otworzy dla mnie Kościół. Okazuje się pracownikiem Kościoła, organizatorka czy ktoś taki.
Otwiera dla mnie Kościół..pokazuje część Kościoła poświęconą Matce Boskiej a dalej trochę, główna część Kościoła. Z lekkim sercem zapalam świeczki....siadam w ławce. To czas dla mnie...
Nikt mi nie przeszkadza....jestem Ja, moje myśli, podziękowania i prośby.
Przy wyjściu z Kościoła czeka na mnie poza Mężem podopiecznej także ta przemiła Polka. Daje mi program liturgiczny, zaprasza na częste odwiedziny. Mówię jej po polsku, że jestem tu w pracy. Mieszkamy ponad 10 km od Kościoła..nie sądzę abym mogła często przyjeżdżać...że jestem wdzięczna wszystkim ,że mogłam dzisiaj.
Do domu wracam już z lekkim sercem. Wiem, że chyba wszyscy Aniołowie pragnęli abym w ten skromny sposób mogła uczestniczyć w tym dzisiejszym święcie. Jestem wdzięczna losowi, niebiosom ale i ludziom, którzy właśnie dzisiaj okazali zrozumienie dla moich tradycji.

Siedzę w pokoju....przede mną pali się świeczka. Biała. Według starych wierzeń dzisiaj na ziemię schodzą dusze naszych zmarłych. Będą z nami tydzień. W te dni należy wieczorem zapalać świecę. Wyciszyć się..powyłączać wszystkie odbiorniki...Patrząc w świece wypowiadamy nasze prośby, marzenia. Mówimy o naszych problemach, kłopotach, troskach. Dusze naszych bliskich w tym czasie wsłuchują naszych słów...by, gdy odejdą na kolejny rok móc nas wspierać i nam pomagać.
Ot, takie stare wierzenie. Kto chce to wierzy, kto nie chce nie wierzy.
U mnie świeca się pali. I palić się będzie długo....moim bliskim mam tyle przecież do opowiedzenia.

/EE/


czwartek, 4 października 2018

List otwarty do agencji




Wiele opiekunek prosi mnie o wskazanie dobrej uczciwej agencji. Lata moich doświadczeń a także występowanie w imieniu pokrzywdzonych opiekunek pozwala mi stwierdzić, że na polskim rynku nie ma agencji uczciwej. Różnica polega jedynie na tym, że jedna oszukuje mniej od drugiej. I tu nie chodzi nawet o te kryminogenne umowy, które stoją w sprzeczności z prawem nadrzędnym jakim jest kodeks cywilny, gdzie w większości przypadków agencje bazują na nieumiejętności czytania ze zrozumieniem opiekunek, które podpisują wszystko jak leci. Ot, żerowanie na biedzie wielu opiekunek, na ich głupocie. Ale największym przewinieniem agencji jest ta ich pazerność na kasę, która jakże często przypominana niedawne czasy wysyłania ludzi na przymusowe roboty.
Za mocno powiedziane?....Poniżej postaram się udowodnić moje słowa.

Maria....to jedna z wielu opiekunek, która przyjechała do Niemiec za chlebem.Jest moją zmienniczką. Ja mam 1400 euro a Ona....950 euro. Skąd ta różnica ? Podobno to różnica doświadczeń..ja kilkanaście lat jestem opiekunką. Maria tylko  6 lat. Ja znam lepiej język niemiecki, Maria mniej.Ale Maria rozumie, gdy pacjentka prosi o toaletę, gdy prosi o pomoc wstaniu. Maria potrafi też zmienić pampers, ugotować, wstać w nocy. Często robi to o wiele lepiej niż niejedna inna opiekunka. A jednak ma o ponad 400 euro mniej. Pytam rodzinę, czy za czasów Marii płaciła mniej do polskiej agencji? Nie, płaciła tak samo. Czyli Agencja zarobiła na Marii niewiedzy, nieśmiałości, wierze w uczciwość agencji. Rodzina płaciła 2600 euro do Agencji...Marii dała 950 euro....Zarobiła więc....1650 euro. Ale i tak było to za mało....Rodzina zapłaciła za koszt przejazdu 150 euro...ale agencja załatwiając sama bus zapłaciła tylko 100 euro. Kolejny zysk 50 euro. Bo dlaczego ma Maria mieć jakieś 50 euro. Tak więc agencja ma 1700 euro na miesiąc za jedną Marię. Bywa, że i to jest mało...wiec potrąca wyimaginowane kwoty z pensji tytułem jakiś szkód.
Czy wysyłanie Polek za 950 euro jest uczciwą umową ? Bez względu jak nazwiecie te swoje umowy...czy to umowa o pracę, czy umowa zlecenie ...wysłanie Marii za takie pieniądze jest zwykłym wyzyskiem. Ot Maria taki Tobi z Korzenii...tylko o białej karnacji. To wysyłka na roboty a nie uczciwa umowa.
Nie dziwota zatem, że nawet kancelarie prawne zaczynają zajmować się wysyłaniem Polek na roboty. Zysk..nie dość, że szybki ale na dodatek bezpieczny...bo takie Marie nie pójdą do sądu..co najwyżej popłaczą w poduszkę.
Ja zdaję sobie sprawę, że prowadzić działalność w polskich realiach jest trudne. Że agencje uciekają od podatków...wymyślając w umowach jakieś diety, jakieś roznoszenie ulotek, czy prace przy laptopach nawet jeśli, opiekunka laptopa nie ma.  Ale trochę przyzwoitości naprawdę warto zachować.
Inna sprawa..a jakże bardzo świadcząca o moralnym zepsuciu agencji.
Przedstawiacie ofertę pracy opiekunkom. Często rzeczywiście jest ona relacją Waszego koordynatora. I często taka oferta nijak ma się do stanu faktycznego. Nie jeden podopieczny a dwóch plus rodzina, brak sklepów, które miały być w pobliżu, brak pożywienia itd.itp. Na takie miejsce trafia inna Maria. Łzy roni, ręce załamuje..dzwoni do Agencji. Informuje, alarmuje, przekazuje stan faktyczny. Potem inna Maria znowu dzwoni, alarmuje....I tak jedna Maria, druga Maria, kolejna Maria..dzwoni, informuje a agencja jak kłamliwą ofertę przedstawiała tak przedstawia ją nadal. I nadal zwala winę na koordynatora, że nie wiedziała...ba...że nawet żadna inna opiekunka nie informowała. Kłamstwo goni kłamstwo.....a kasa leci. Tylko gdzie w tym wszystkim uczciwość?, gdzie szacunek dla drugiego człowieka. Gdzie Wasze sumienia?.....zamiecione pod dywan ?

Tylko, że przyjdzie dzień..gdy spod dywanów wypełzną te zamiecione sumienia. Bo każdy wyzysk, każda ludzka krzywda ma swój kres.

                   Każda opiekunka przeżywa w takich sytuacjach kryzys bo gwałcona jest jak Kisi,
                   i skubana jest jak kura przez agencję Pana Moora,
                   Każda z nas chce żyć jak Kunta Kinte /chce być szanowana/
                   Ale agencje robią wszystko byśmy  żyły jak ten Tobi /niewolnik, wyzyskiwany robotnik/
                   Ja tu sięgam do "Korzeni"....może jeszcze się odmieni.

                 

                  


wtorek, 2 października 2018

Piętno zabójcy



W trakcie naszych wyjazdów poznajemy rodziny niemieckie, poznajemy ich kulturę i zwyczaje. Często czytam komentarze, jak to Niemcy są głupi, jacy są wrogo nastawieni do nas opiekunek, jak to nas wykorzystują. I tak często jest, ale nie zawsze.Bo poznałam podczas moich podróży ludzi mądrych, wykształconych, dobrych i miłych.
Widzimy zawsze obraz Niemców z naszej perspektywy, z perspektywy wojny światowej, ale jak postrzegają nas Niemcy? Skąd u nich ta wrogość do nas - opiekunek. Czy aby to nie jest reakcja ludzi na których ciąży piętno zabójcy, któremu towarzyszy strach, obawa i lęk. Obawa, jak też ja..Polka...tyle lat po wojnie, będę Jego postrzegała ? Czy przyjadę jako przyjaciel, czy jednak jako wróg?
Bo na nich ciąży piętno zabójcy dwóch wojen...nie sięgam w dalszą historię. Po pierwszej przegranej wojnie morale u Niemców bardzo spadło. Byli na kolanach, i dopiero dojście Hitlera do władzy sprawiło, że powoli podnosili się z kolan. W filmie dokumentalnym"Droga Hitlera do władzy" mogłam usłyszeć kilka przemówień Hitlera do ludu. On podnosił ich morale, mówił, że są wielcy, mądrzy. Że potrafią odbudować Niemcy. Zapowiadał budowę autostrad, zapowiadał rozwój produkcji,zmniejszenie bezrobocia i wyższą stopę życia. Słuchając tych przemówień miałam nieodparte wrażenie, że słucham naszych, polskich, czołowych polityków. Ale to tylko taka moja mała dygresja. Niewątpliwie jednak Hitler przyczynił się do podniesienia wiary w zwykłych Niemcach na lepsze jutro. Czy nadal Ci prości ludzie wierzyli w zwycięską armie, w zagarnięcie ziem innych państw? Nie wiem.
Przegrana II wojna światowa po raz kolejny naznaczyła naród niemiecki piętnem zabójcy, który towarzyszy im do dziś. W jednej z publikacji przeczytałam słowa " zwykli Niemcy do dziś nie potrafią przebaczyć Hitlerowi....nie, że wywołał wojnę,nie, że zabijał ludzi, ale to, że wojnę przegrał". I pewnie część Niemców naprawdę ma o to do niego żal. Ale są też Niemcy, którzy przeciwstawiali się Hitlerowi i którzy najbardziej odczuwają na sobie piętno zabójcy.
Wielu psychologów twierdzi, że nasza agresja ma swoje podłoże w strachu, lęku. W tym przypadku, z lęku w jaki odbierać mnie będą inni, jak mnie widzą, czy pamiętają. Wiele opiekunek jadąc do pracy uzurpuje sobie prawo do okazania, powiedzenia, kto jest dobry a kto zły. Wiele opiekunek wręcz z pogardą odnosi się do Niemców bo widzi w nich tylko morderców, tych którzy okradli, zagrabili nasz kraj, zapominając trochę, że my Polacy także słyniemy z kradzieży...zwłaszcza niemieckich samochodów. Ja nie usprawiedliwiam narodu niemieckiego, ja im współczuję, bo mimo, że minęła już tyle lat, Oni nadal żyją z piętnem zabójcy. Ludzie wojny powoli odchodzą ale pamięć pozostaje. I ja nie zamierzam nikogo namawiać aby zapomnieć. Pamiętajmy, jak najdłużej. Przypominajmy. Mówmy o tym...tylko jadąc do pracy, do obcej niemieckiej rodziny aby pomóc w opiece nad osobą starszą starajmy się wybaczyć przeszłość...i żyjmy teraźniejszością. A jeśli już trafimy na rodzinę wrogo do nas nastawioną..pomyślmy, że jakże trudno jest żyć z piętnem zabójcy.

ps. nie jestem historykiem....dlatego wdzięczna będę za wszystkie merytoryczne uwagi, komentarze
/EE/

sobota, 29 września 2018

Sybiraczki i Kresowianie ucztują




Moje wyjazdy do pracy do Niemiec sprawiają, że gdy wracam do rodzinnych pieleszy łaknę nadrobić stracony czas. Korzystam więc z każdej okazji by odwiedzić naszą jeleniogórską galerię, teatr, spotkania autorskie. Korzystam ze wszystkich wydarzeń kulturalnych jakie mają miejsce w moim mieście.
I tak oto, parę dni temu Miasto Jelenia Góra za pomocą aplikacji telefonicznej zaprosiło mnie do Sobieszowa, Domu Kultury "Muflon" na koncert "Sybiraczki i Goście".  Program imprezy zawierał występy zespołów folklorystycznych, spotkanie Sybiraczek z uczniami szkół podstawowych a także "uczta smaków". I właśnie ta uczta smaków głównie przyciągnęła moją uwagę. Jako smakosz , jako propagatorka tradycyjnej kuchni byłam ciekawa smaków kresowian. Liczyłam, że może jakiś przepis nowy poznam, jakiś nowy smak.  Sam podtytuł imprezy "Historia łączy pokolenia" był interesujący bo nie od dziś wiadomo, że więzi między narodami, społecznościami tworzy się przez budowanie więzi między ludźmi.
Wraz z moją przyjaciółką w odświętnych strojach stawiłyśmy się o podanej godzinie w Domu Kultury "Muflon". Sala widowiskowa, niezbyt wprawdzie duża jednak była pełna. I zaczęły się śpiewy. Słuchałam z podziwieniem, zadziwiona ilością zespołów. Piękne stroje i ten zapał wokalistów, mimo wieku, mimo własnych schorzeń przybyli tu, na ten koncert by dać cząstkę siebie samych. Wojcieszowianki, zespół z Dziwiszowa, Mysłakowic, Piechowic czy też zespół Agat z mojego jeleniogórskiego osiedla wykonywali utwory ludowe, piosenki lwowskie czy też zwykłe przyśpiewki. Dotarło do mnie, że nie tylko Niemcy, u których pracuję, mają swoje folk-grupy śpiewacze ale właśnie tu na mojej miedzy jest kwiat seniorów, chcących śpiewać i cieszyć się życiem. W trakcie koncertu dowiedziałam się, że w holu będzie można zakupić płyty zespołu z Piechowic a także tomiki poezji jednej z Sybiraczek. Smucił mnie trochę fakt, że w trakcie występów pusto się robiło na widowni. Dopiero później zrozumiałam powód tego opuszczania sali. Ja jednak trwałam, przez szacunek dla wykonawców, przez szacunek dla organizatorów...bo to moja kultura. Nie kresowa, tylko polska kultura wymaga uszanowania drugiego człowieka i jego pracy.
Dwie godziny śpiewów minęły, garstka widzów zwieńczyła występy brawami. Byłam zadowolona, że miałam przyjemność tu być, że skorzystałam z zaproszenia. Pani prowadząca podziękowała za przybycie. Nic o wierszach, nic o uczcie. Tylko..dziękuję.Wiedziałam, że zgodnie z programem to jeszcze nie koniec, więc w dobrym nastroju opuszczałam salę.
A jednak szkoda.....
Szkoda, że po wyjściu z sali nie było już ani Pani poetki ze swoimi wierszami, ani możliwości zakupu płyty...Ludzie powoli zdezorientowani wychodzili a ja stałam, rozglądałam się za tymi smakami z kresów. Nikogo z organizatorów, nikogo by spytać "co dalej". Wdrapałam się po schodach na górę...a tam obiady dla wykonawców. No tak..pomyślałam....po zaśpiewaniu trzech piosenek mają prawo być głodni....tylko gdzie ta uczta smaków dla nas....dla gości ?
Zeszłam na dół i już zrezygnowana, chcąc wychodzić dojrzałam otwartą salkę. Pierwsze wrażenie...to brud...okruszki walające się na stołach i podłodze. Czy to ta uczta kresów? A gdzie te obiecane smakołyki z kresów, jakaś choćby woda mineralna.? Moja Przyjaciółka, bardziej odważna jednak nie rezygnowała. Mimo onieśmielenia, zadziwienia weszłyśmy do sali gdzie de vacto już po uczcie było. Zrozumiałam teraz pustki na widowni w trakcie występów. Jedni  śpiewali, inni ucztowali...tylko gdzie w tym wszystkim miał miejsce ten zaproszony gość ? Na jednym ze stołów pustawy słoiczek kawy...Po namyśle decydujemy się na kawę przed drogą do domu. Nagle problem...nie ma kubków, nie ma nawet wrzątku. Idziemy z pustym dzbankiem do sekretariatu po wodę. Pani czy to sekretarka, czy to pracownik pomocniczy od tego momentu nie spuszcza z nas oczu. Jakby się bała, że ja gość- intruz ukradnę puste talerzyki a może skuszę się na okruszki. Wypijamy po łyku kawy i wychodzimy. To koniec imprezy.
Mnie od dziecka uczono...."Gość w domu- Bóg w domu". Ale ja nie jestem z rodziny sybiraczek bo kresowiankom zdecydowanie obcym jest słowo "gość". Jeśli tak goszczą te Panie gości, jeśli tylko tyle wiedzą o kulturze goszczenia to ja się cieszę, że te kresy  i ta Syberia jest tak daleko od Jeleniej Góry. "Historia łączy pokolenia" - motto tej imprezy tym razem pokoleń nie połączyła bo była to najwidoczniej impreza zamknięta . Impreza w stylu "Seniorzy-seniorom".  Tylko dlaczego za moje pieniądze?
Bo przecież imprezę dofinansowało m.in. Miasto Jelenia Góra. Od kiedy to moje miasto finansuje prywatne imprezy? Jeśli seniorzy chcą poskakać i najeść się niech to robią za własne pieniądze.
Panie Prezydencie....ten lub przyszły....bo jesteśmy przed wyborami, proszę szanować pieniądze podatników. Proszę ich nie trwonić na prywatne imprezy. Najlepiej przeznaczyć je dla biednych rodzin, często przybyłych z Kresów.
/EE/





środa, 26 września 2018

obiecany spis naszych praw

Zgodnie z moją obietnicą i nawiązując do wczorajszego mojego postu wstawiam wykaz praw opiekunki do zastosowania zgodnie z moją propozycją opisaną we wczorajszym poście.

1. Meine Beschäftigung beschränkt sich lediglich auf die Betreuung Ihrer Mutter/ Ihres Vaters/ Ihres
Anverwandten.

Moje zatrudnienie ogranicza się do opieki nad Pani/ Pana matką /ojcem / lub krewnymi.

2. Ausschließlich folgende Aufgaben gehören meinen vertraglich vereinbarten Pflichten an: das
Kochen und Zubereiten von Speisen, das Putzen/Sauberhalten von Wohnräumen sowie das
Waschen/Pflege der Wäsche, einzig und allein im Dienste der zu betreuenden Person.

Jedynie następujące zadania należą do moich zobowiązań umownych: gotowanie i
przygotowywanie posiłków, sprzątanie i utrzymywanie w czystości pomieszczeń używanych przeze
mnie i PDP, a także pranie bielizny, wyłącznie dla osoby, którą się opiekuję.

3. Zu meinen Pflichten gehört: die tägliche Körperpflege der zu betreuenden Person, das Kochen und
Zubereiten von Speisen, eventuell das Anreichen von Nahrung, das Sauberhalten des unmittelbaren
Wohnraumes der zu betreuenden Person, das An- und Auskleiden, Einkäufe erledigen, die Gestaltung
der Freizeitbeschäftigung, unter anderem gemeinsame SpieleFernsehenabende, das Vorlesen,
Begleitung bei Arztbesuchen, Spaziergängen, Kino- Theaterbesuchen etc.

Moje obowiązki to również: codzienna higiena podopiecznego, gotowanie i ewentualne karmienie,
sprzątanie wokół podopiecznego i po skończonych czynnościach, ubieranie i rozbieranie, zakupy,
zajęcia typu gry, oglądanie TV, czytanie gazet, pójście do lekarza, kina czy na spacer itp.

4. Betreuungskräften ist es rechtlich untersagt medizinische Behandlungen durchzuführen.
Das bedeutet:
Keine intravenösen Injektionen, keine Behandlung von offenen Wunden, keine Fußpflege bei
Diabetikern,keine Infusionen, kein Verabreichen von Arzneimitteln ohne ärztliche Verordnung, kein
Anziehen von KompressionsTrombosestrümpfen.

Opiekunki domowe mają (prawnie) zabronione wykonywanie zabiegów medycznych.
To znaczy:
Nie wykonuję żadnych zastrzyków, nie leczę otwartych ran, nie obcinam paznokci u diabetyków, nie
podłączam kroplówki i nie podaje żadnych tabletek bez pisemnego zalecenia lekarza, nie zakładam
pończoch uciskowych (ATS przeciw zakrzepicy).

5. Das Putzen der Fenster, das Aufräumen von Kellerräumen, Garagen oder Ähnlichem, gehört nicht
zu meinen Pflichten.

Mycie okien, sprzątanie piwnic, garaży i tym podobnych pomieszczeń nie należy do moich
obowiązków.

6. Gartenarbeit gehört ebenfalls nicht zu meien Pflichten.

Prace ogrodowe też nie należą do moich obowiązków.

7. Für die Reinigung von Teppichen ,Gardinen, dicken Wolldecken oder Ähnlichem bin ich ebenfalls
nicht zuständig.

Za czyszczenie dywanów, firan, grubych wełnianych koców i tym podobnych, również nie jestem
odpowiedzialna.

8. Schneeräumen gehört ebenfalls nicht zu meinen Aufgaben.

Odśnieżanie również nie należy do moich zadań.

9. Das Zimmer der Betreuerin/Pflegekraft ist ein Rückzugsort, an dem das Recht auf Privatsphäre
höhste Priorität hat. Es dürfen in der Freizeit, über den zur freien Verfügung gestellten Internetzugang
Kontakte zur Familie sowie Freunden gepflegt werden.

Pokój opiekuna to miejsce szczególne ( „święte”) , w którym prawo do prywatności jest najwyższym
priorytetem. W wolnym czasie powinno się mieć możliwość nawiązywania kontaktów z rodziną i
przyjaciółmi, korzystając z dostępu do internetu lub telefonu oferowanego bezpłatnie.

10. Es ist zu erwarten, dass die Verpflegung mit Nahrungsmitteln ausgewogen und ohne
Einschränkungen gewährleistet wird, gerecht dem körperlichen Kraftaufwand, welchen eine Pflege-
Betreuungskraft in Rahmen ihrer Tätigkeit zu leisten hat.

Oczekuje się, że zaopatrzenie w środki spożywcze będzie nieograniczone i różnorodne. Musi być
ono odpowiednio dobrane dla opiekuna/opiekunki, którzy w ramach swoich obowiązków wykonują
ciężką pracę fizyczną (wysiłek).

11. Ab 22.00 Uhr habe ich absolute Ruhe. Wird die Nachtruhe dennoch gestört, indem der/die zu
Betreuende meine Hilfestellung außerhalb der vereinbarten Arbeitszeiten benötigt, stehen mir tagsüber
längere Ruhezeiten zu oder eine zusätzliche Vergütung.

Od godziny 22.00 mam absolutny spokój. Jeśli mój nocny odpoczynek zostanie zakłócony przez
osobę, którą się opiekuję, poza uzgodnionymi godzinami pracy, mam mieć dłuższe okresy odpoczynku
w ciągu następnego dnia lub dodatkową płatność.

12. Laut den vertraglich festgelegten Vereinbarungen beläuft sich meine Arbeitszeit auf 8 Stunden
täglich, sprich 40 Stunden wöchentlich. Darüber hinaus erbrachte Leistungen sind gesondert zu
vergüten.

Zgodnie z umową, mój czas pracy wynosi 8 godzin dziennie, tj. 40 godzin tygodniowo. Dodatkowo
świadczone usługi muszą być wynagradzane oddzielnie.

13. Laut Vertrag stehen mir folgende Pausezeiten zu: Zwei bis drei Stunden Pause täglich, mit der
freien Option die Pause außer Haus zu verbringen. Darüber hinaus habe ich das Anrecht auf einen
freien Tag in der Woche, den ich zur freien Verfügung in Anspruch nehmen kann.

Zgodnie z umową mam następujące czasy przerwy: dwie do trzech godzin przerwy dziennie, z
wolną opcją spędzania przerwy poza domem. Ponadto mam prawo w tygodniu do wolnego dnia, z
którego mogę swobodnie korzystać.

                                                                    KONIEC


wtorek, 25 września 2018

Moje sposoby na trudne sytuacje



Trafiając na tzw. "minę" nie warto liczyć na pomoc agencji. Trzeba liczyć na siebie. Na własny spryt i rozsądek. Na doświadczenie lub na mądre porady innych opiekunek. Bo jak agencja pomaga udręczonej opiekunce pisałam nie raz i nie dwa. O tym jak pomaga wiele opiekunek przekonało się na własnej skórze. Koordynator, który ma nas wspierać na obczyźnie też ma nas gdzieś. Kasę wziął, a że Polka płacze? Cóż...taki mamy klimat powie.
Po pierwsze..i zawsze od zarania tego bloga powtarzam...czytamy i podpisujemy umowy. Jakie by one nie były, bo jak pisałam na fb..każda nasza umowa spełnia wymogi umowy o pracę. Nawet jeśli widnieje nazwa "umowa zlecenie" to i polski sąd ale i niemiecki Zoll naszą umowę potraktuje jak umowę o pracę. Bo każda umowa jak też o tym wspominałam jest kryminogenna.
Jesteśmy na szteli. Włosy stają nam dęba na widok miejsca. Wymagania rodziny też wywołują naszą palpitację serca. Co robić ? Szybko piszemy e maila do agencji informując o zaistniałej sytuacji. Nie dzwonimy !!!! Nie piszemy sms !!!! Piszemy właśnie e maila , który jest naszym oświadczeniem o zaistniałej sytuacji. Naturalnie możemy żądać interwencji w tym oświadczeniu. Papier wszystko przyjmie, ale najważniejsze nasz wysłany e mail jest dokumentem prawnym. Nikt nie powie w agencji, że nie pamięta rozmowy, że mówił to czy tamto. Że nie obiecywał itd. Nasz email jest dowodem i wszystkie późniejsze kombinacje agencji pozostają tylko kombinacjami.
Jeśli jesteś na minie...to nie licz na szybki powrót do domu. Bo zanim agencja ruszy palcem minie 2 tygodnie albo i miesiąc. Bo to nie jest w interesie agencji by Ci pomóc. Dlatego zrób wszystko aby to rodzina zadzwoniła do agencji żądając zmiany opiekunki. Czy ktoś zauważył że jeśli opiekunka dzwoni to "prosi", gdy dzwoni zaś rodzina to "żąda". Bo większy respekt ma agencja do tego kto płaci niż do tego komu płaci. Jeśli to rodzina zadzwoni do agencji to choćby sama rekruterka miała pracować za Ciebie to na bank za dwa dni będziesz w domu. Będąc więc na minie najwyższa pora nauczyć się mówić 'nie". Nie pracuję w ogródku, nie sprzątam piwnic, nie robię opatrunków, nie pracuje w nocy. Proste i skuteczne. Tak właśnie postąpiłam kilka razy będąc na minie. Nie robiłam awantur, tylko krótko mówiłam "nie". Pracowałam na to aby to rodzina zrezygnowała ze mnie. Zaznaczam jednak, że prace, które należą do opiekunki wykonywałam sumiennie.
I co się stało? Ano rodzina nie dzwoniła żądać wymiany ale zaczynała respektować moje warunki. Dodatkowo zaczęto mnie szanować ale i moją pracę. Szanować i doceniać. Z czasem miejsca stawały się znośne. Nie były już minami. Czy czymś ryzykowałam? Niczym. Gdybym zjechała na żądanie rodziny do domu byłabym  dokładnie w takiej samej sytuacji odnośnie wynagrodzenia niż gdybym zjechała na prośbę własną.
I drugi sposób jaki stosuje od roku. tez prosty i bardzo skuteczny. Na naszej grupie "pomagamy opiekunkom" znajduje się plik, który zawiera nasze prawa. A więc m.in. czas nocny, przerwy, dobre jedzenie, zakaz pracy w ogródkach, mycia okien itp.  Ten dokument nijak się ma do przepisów prawa, które omawiałam na mojej stronie na fb, ale mimo to jest tak logiczny i zdroworozsądkowy, że nikt ani z niemieckiej strony ani z agencji nie ma odwagi go podważyć. Dokument sporządzony jest w obu językach..polskim i niemieckim. Ja poniżej spróbuję go wstawić, jeśli się nie uda to jutro w osobnym poście podam jego treść.
I tak zaopatrzona w ten dokument udałam się do pracy ..na kolejną minę. Niesprawdzone miejsce. innym razem miejsce zepsute przez same opiekunki. I już na samym początku, gdy po raz pierwszy padło z ust rodziny żądanie wstania w nocy, powiedziałam "nie", podając tenże spis moich praw dodając jednocześnie: "moja agencja prosiła to Państwu przekazać". Skłamałam, oszukałam, byłam nieuczciwa? A i owszem,,,ale czy agencja była uczciwa wysyłając mnie na minę?
Ryzyko?..żadne. Czy ktoś wyobraża sobie, że np. córeczka podopiecznej zadzwoni do naszej agencji pytając czy to prawda, że przysłana Polka nie sprząta strychu?  Na bank nie zadzwoni, bo Ona dokładnie o tym wie, że to nie jest nasz obowiązek tylko jej wyzysk. Czy zadzwoni do agencji pytając czy papier, który otrzymała jest z agencji ? Nie zadzwoni, bo Ona dokładnie wie, że prawa ujęte na papierze są podstawowymi prawami człowieka. A nawet jeśli zadzwoni / może być mniej rozgarnięta/ to czy agencja zaprzeczy temu, że Polka ma prawo do wypoczynku? Też nie, bo tym samym ukręciła by sama na siebie bata, potwierdzając, że wysłała nas na niewolniczą pracę.
Byłam w sytuacji, gdy to pismo pokazałam niemieckiemu pflegerin, lekarzowi gdy doszło do konfrontacji. Efekt, ..po przeczytaniu pisma przyznali mi rację...ba nawet naskoczyli na rodzinę, że mają respektować moje prawa i nie zmuszać mnie do niewolniczej pracy, żądania sprzątania po syneczku, sprzątania piwnicy i zapewnieniu mi godziwego, zdrowego jedzenia.  Nikt, choćby najbardziej nas nie lubiący Niemiec nie przyzna się głośno, że wolno traktować innego człowieka nieludzko, niegodnie. Za bardzo pamiętają czasy wojny i ponieważ nadal jest to ich pięta achillesowa nie pozwolą sobie na luksus aby posądzono ich o rasizm, wyzysk itp.
Moje dwa sposoby radzenia sobie na minie sprawdzają się w 100 procentach. Warto z nich skorzystać.
I jeszcze na koniec jedna rada. Pan Bóg dał nam jedne usta i dwoje uszu. Nie odwrotnie. Dlatego więcej słuchajmy, obserwujmy a mniej mówmy. W emocjach, w stresie zawsze powiemy o jedne słowo za dużo. Słowo, które łatwo obrócić przeciwko nam samym.
Słuchajmy, obserwujmy, nagrywajmy, filmujmy. Ktoś powie..nie wolno nagrywać.
Ano nie wolno...ale po pierwsze jest to mała szkodliwość czynu, a po drugie proszę pokazać mi osobę, która za nagranie poda nas do sądu, gdy na nagraniu ewidentnie tkwi dowód o ubliżaniu nam, wydawaniu rozkazów itp.
Podsumowując.....nie licz na agencję, nie licz na inną opiekunkę....Zawsze licz na siebie. Bądź wyjątkowa i chrzań tę normalność, którą stworzyły agencje a która normalnością nie jest.




EE

poniedziałek, 24 września 2018

Patriotka, opiekunka, człowiek



Poruszę dzisiaj temat jakże odległy od pracy opiekunki, choć może jednak nie tak bardzo zważywszy, że każda z nas jest Polką, Człowiekiem.
Mój czas wypoczynku spędzam na odrabianiu zaległości w czytaniu, oglądaniu filmów dokumentalnych, przeglądzie wydarzeń w kraju i na świecie  ale także na wejrzeniu we własne JA.
Ostatnio wiele czasu poświęcono Narodowcom. Ich chuligańskim wybrykom, bezczeszczeniu flagi narodowej. I trochę jest mi przykro, trochę jest mi wstyd..bo było nie było tez jestem narodowcem, mimo, że nie należę do ich grupy. Mam takie przekonania. I pewnie większość z nas opiekunek takim narodowcem jest. Bo narodowiec to inaczej Patriota. Tak przynajmniej podaje słownik.
Pielęgnuję i rozwijam kulturę, tożsamość narodową opartą o dziedzictwo, tradycję i historię przodków. Już kiedyś mówiłam, że nie zdradzam swoich zasad, potrzeb i swoich ukochanych. Zasady wyniosłam z domu...w nim uczono mnie, że mam kochać Polskę bez względu na to jaka jest. To trochę jak z Matką...kocha się ją za o, że jest. I ja jestem dumna, że jestem Polką.
Gdy jestem w Niemczech opowiadam o moim kraju. O naszych tradycjach, trudnej historii. Swoją postawą pracuję na dobry wizerunek mojego kraju. Jestem poważna.. a może po prostu staram się być dojrzała a to oznacza, że wiem co to organizacja i dyscyplina. Uczę się stosownego zachowania w różnych miejscach i co najważniejsze..nie jestem obojętna na krzywdę drugiego człowieka.
Czyli jestem patriotką..narodowcem. Dlaczego więc narodowiec ma znaczenie w dzisiejszych czasach takie negatywne?  Bo kilku małolatów z ogolona głową, z bicepsami i swastykami zakłóca już nie marsze, ale życie innych swoimi chuligańskimi zachowaniami? Bo depczą, czy też palą polską flagę ? Dlaczego słowo Patriota brzmi dumnie a już narodowiec to nie ? Incydentalne zachowania chuliganów zdewaluowały dumne słowo "narodowiec" co sprawiło, że wielu Polaków zapewne wstydzi się przyznać, że jest narodowcem czy też Patriotą.

To trochę jak z naszym zawodem opiekunki. Kilka zapitych Pań, kilka złodziejek mieniących się opiekunkami sprawiło, że wymawiając słowo "jestem opiekunką" w oczach innych dostrzegam pogardę. A przecież to zawód trudny, wymagający nie empatii jak to mówi wiele z kobiet, ale wymagający uczciwości, cierpliwości, daru zrozumienia drugiego człowieka, tolerancji i jakże często pokory. Zawód, który powinien wzbudzać szacunek i poważanie. A może to nasza postawa, często wstydliwa sprawia, że tego uznania dla naszej pracy po prostu brak. Może najwyższa pora, by mówiąc "opiekunka" wysoko unieść głowę. Być dumną z tego, że mogę taki zawód wykonywać, służyć pomocą i poradą.  Nie zważać na naganne zachowania, incydentalne chamskich kobiet tylko głośno i z dumą mówić: tak, jestem Opiekunką. Bo to także jest Patriotyzm. To praca na wizerunek naszego kraju.

Człowiek. Jakże często "człowiek- człowiekowi wilkiem". Człowiek zabija, człowiek niszczy. Czy tylko dlatego, że inny człowiek czyni zło, mam się wstydzić tego, że jestem człowiekiem?
"człowiek to brzmi dumnie" -Maksim Gorki
Ja jestem dumna z tego, że jestem człowiekiem, chociaż czasem niezbyt dobrze jest oglądać te wszystkie zbrodnie, których dopuszczają się inni ludzie.
Ja jestem dumna, że jestem narodowcem, chociaż czasem niezbyt dobrze jest oglądać chuligaństwo, wandalizm i krzywdę jaką wyrządzają inni patrioci.
Ja jestem dumna, że jestem opiekunką osób starszych, chociaż czasem niezbyt dobrze jest słyszeć o  kradzieżach, pijaństwie, despotyzmie, braku szacunku dla człowieka, wartości  innych kobiet.
Być dumnym z tego kim się jest !!!

/EE/



piątek, 21 września 2018

Empatyczna opiekunka



Mój urlop w domu przerywa dzwonek telefonu. Na ekranie odczytuje nazwę jeleniogórskiej agencji. Odbieram niezbyt chętnie, spodziewając się namawiania mnie na wyjazd. I tak rzeczywiście jest, chociaż słowa, które słyszę z ust właścicielki agencji sprawiają, że słucham uważnie. Oto bowiem, polska, empatyczna opiekunka została na wezwanie rodziny podopiecznej zabrana do szpitala. Podobno pijana. Pani agentka prosi abym tam pojechała, załagodziła sytuację ale i zorientowała się w sytuacji.
Jadę, bo mam nadzieję, że opiekunka została w robiona, że może potrzebuje pomocy. Że może roszczeniowa rodzina żąda rzeczy niemożliwych.
Drzwi otwiera mi córka podopiecznej. Jest moją rówieśniczką. Dużo mówi,opowiada. Nie bardzo ją słucham bo chcę wpierw poznać tę wspaniałą opiekunkę. Od niej dowiedzieć się co i jak. Jednak wpierw udaję się do mojego pokoju, który zastaję w stanie w jakim pozostawiła go opiekunka.
Ściany poplamione krwią, prześcieradło tak samo, dodatkowo poplamione moczem i wymiocinami.
Na podłodze brudne majtki..dalej trochę dolna szczęka /proteza/. Córka dalej gada. Nawet nie jest złośliwa. próbuje mnie przekonać o konieczności wezwania karetki. Nie mieszka z matka, wpada tu raz na tydzień. Zaufała opiekunce, zaufała agencji. A matka, po złamaniu biodra zdana była na pomoc opiekunki, której /zdaniem córki/ de facto nie miała.
Ogarniam powoli pokój. Pakuję rzeczy opiekunki do jej torby. Nadal jestem skąpa w słowa, w dyskusje z córką. Pragnę zobaczyć opiekunkę. usłyszeć jej opowieść. Jestem też w stałym kontakcie z właścicielka agencji. Jej też niewiele mówię.
Jadę, dzięki uprzejmości córki do szpitala zobaczyć Polkę. W łóżku leży kobieta. Cera szara, trudno powiedzieć czy zadbana, leży w końcu w szpitalu. Podchodzę do Niej. Przedstawiam się i zanim zdążę wypowiedzieć kolejne słowa słyszę " po coś tu przyjechała, wszystko jest w porządku. Nic się nie stało, to "popierdolona córunia" narobiła zamieszania." Sepleni więc podaję jej tę protezę znalezioną na podłodze. Nie skrępowana nawija dalej, że "co się niby stało. Trochę wypiła bo ze staruchą zwariować można. Popiła jakieś tabletki alkoholem. W końcu każdemu może się zdarzyć."
- No chyba jednak nie każdemu - myślę sobie. Kończę z Nią dyskusję bo i rozmawiać nie ma o czym. Idę do lekarza. Tu dowiaduję się, że została przywieziona prawie nieprzytomna. Leki psychotropowe /później dowiaduję się, że ukradzione pacjentce/ popijała alkoholem. Na dodatek lekarz daje mi do zrozumienia, że powinnam jak najszybciej ją ze szpitala zabrać...bo obraża personel medyczny, ubliża pacjentom. Poucza i naucza wszystkich wkoło..bo wie lepiej. Wszyscy idioci - Ona jedna mądra. Na dodatek jest cały czas roszczeniowa i to w wulgarny sposób. Przepraszam lekarza za Polkę. Upraszam go też aby pozwolił Polce zostać tutaj do przyjazdu busa, bo córka zdecydowanie odmawia zabrania jej do domu. Lekarz jednak chce się pozbyć przysłowiowego "wrzodu na dupie" jakim jest polska, empatyczna, z wieloma referencjami opiekunka. Wyraża zgodę ale tylko na ten dzień. Rad nie rad zabieram Polkę do hotelu. Informuję ją, że rano przyjedzie tutaj po Nią bus. Że wszystko jest opłacone. Empatyczna opiekunka jest obrażona na wredną córeczkę, durnego lekarza i na złodziejską agencję. Na koniec jeszcze obrażonym tonem żąda, dosłownie żąda ode mnie trochę kasy. Bo przecież potrzebuje. Jestem zniesmaczona i Nią, i tą sytuacją. Wychodzę.
Nigdy więcej tej wspaniałej opiekunki już nie spotkam. Dowiaduję się tylko od agencji, że złożyła skargę do prokuratury na agencję, że ukradła jej pieniądze. Nie zapłaciła za jej ciężką pracę. Oskarża agencję o manipulację. Tym razem pomagam agencji..podaję namiary na mojego adwokata / wcześniej z nim to uzgadniając/.

W swoim wieloletnim doświadczeniu miałam wątpliwą przyjemność poznać inne jakże "empatyczne" opiekunki. Gdy pisałam na blogu o podobnych przypadkach jakże wiele opiekunek obrzucało mnie błotem. Że to nie prawda. Że jak śmiem obrażać opiekunki.
 Kto się odzywał? Czyżby równie te "empatyczne"?.
Fakt pozostaje jednak faktem....że jedna opisana przeze mnie "empatyczna" opiekunka psuje wizerunek wielu uczciwych kobiet. Psuje wizerunek i u Niemców ale i wśród agencji. Trudno się czasami dziwić, że traktuje się nas jak ludzi gorszego sortu. Same pracujemy na nasz wizerunek który niestety  psujemy.
Zwracają się do mnie skrzywdzone przez agencje opiekunki. Często rzeczywiście zostały skrzywdzone ale najczęściej jednak te skrzywdzone okłamują także mnie wyłuszczając swoją wersję zdarzeń. Dopiero później jedna czy inna agencja przedstawia mi dowody na zupełnie inna wersję zdarzeń. Jak zatem pomagać gdy opiekunka kłamie, oszukuje i kręci?
Podczas ostatnich moich rozmów z moim adwokatem nagle powiedziałam " Chyba już wiem, dlaczego nie chce Pan pomagać opiekunkom. Doświadczam tego prawie na co dzień, gdy wysłuchuję próśb o pomoc". Pokiwał tylko głową, uśmiechnął się i powiedział " na dodatek są ograniczone. dużo mówią, mało myślą. Potrafią na sprawie bronić agencji szkodząc swojej sprawie. I nie robią tego świadomie. Na sprawie krzyczą, pomawiają, oskarżają bez dowodów by na końcu stwierdzić, że agencja ma rację .Na koniec słyszę, że jestem idiotą i jestem na usługach agencji. Nie chcę takich spraw bo na tym ja tracę , na mojej reputacji i wizerunku.
Ostatnio mój przyjaciel w rozmowie, gdy opowiadałam o zachowaniach nagannych opiekunek powiedział..."Ewa, taki jest nasz kraj. Tacy są Polacy".
 
Każdy z nas ma w sobie dobro ale może mamy... dość swojej pracy, monotonii, codziennego wstawania wczesnym rankiem, braku wolnego czasu,.. energii do życia? Coraz bardziej zaczynają denerwować nas ludzie ściskający się w autobusach i trącający cię w biegu do pracy? Myślimy sobie, że to nie jest świat, który sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, który wyzwala w nas to, co najlepsze...i wtedy zakładamy maski...udajemy ,że żyjemy...zapominamy o tym dobru które tkwi w nas....
Są ludzie wśród nas ,którzy próbowali odnaleźć to co najcenniejsze wybierając ciszę, pustkowie, samotność...

/EE/