czwartek, 7 czerwca 2018

Jesteś tym co jesz



Moja przygoda ze zdrową kuchnią tak na dobre zaczęła się 14 lat temu wraz z pierwszym wyjazdem do Niemiec. Obserwowałam zwyczaje kulinarne moich podopiecznych i ich rodzin. Zaczęłam dostrzegać zależność między ich chorobami a tym co jedzą, jakie mają nawyki żywieniowe.
Z czasem zaczęłam czytać liczne publikacje dotyczące zdrowej żywności ale i skutki płynące ze spożywania tejże żywności. Bardziej świadomie robiłam zakupy czytając wszystkie etykiety. Jako, że z zawodu jestem chemikiem nieobce były mi niektóre chemiczne dodatki zawarte w naszej żywności.
Uświadomiłam sobie, że jeśli nie zacznę dbać o jakość swoich pokarmów to w niedługim czasie mój stan zdrowia będzie taki sam jak moich podopiecznych. Wierzę mocno w to, że większość naszych chorób a może i wszystkie biorą się ze spożywania chemii zawartej w pożywieniu ale także i wierzę w to, że odpowiednią dietą można wiele chorób wyeliminować z naszego organizmu.
Z czasem temat zdrowego żywienia stał się moim credo, kolejnym hobby. Często rodziny moich podopiecznych w pierwszym momencie gdy mówię "to zjem" ale tego już nie są zaszokowani. Pewnie także i mają obawy czy koszt moich posiłków nie nadszarpnie ich budżetów. Z czasem przekonują się, że zdrowe pokarmy wcale nie muszą być drogie. Że nawet jeśli jeden produkt jest droższy bo kupiony z tzw. wyższej pólki to z perspektywy jednego tygodnia czy miesiąca wydatki wcale nie wzrosły a bywa, że maleją.
Nauczyłam si,ę też sama robić masło, ser biały, majonez czy na przykład upiec chleb. Zamiast wędlin kupuje dobrej jakości mięso i wyrabiam pasztety, wędliny czy pieczenie do chleba. Więcej pracy ale i satysfakcja, że nie płacę oszustom za chemię. Bo spójrzmy chociażby na tę niemiecką mortadelę. Kto czytał jej skład?  400 gram kosztuje w Aldi 50 centów. Jak może 40 dkg mięsa kosztować 50 centów- 2 zł. W tej mortadeli jest wszystko ale na pewno nie mięso.
Oczywiście są takie momenty gdy mam ochotę na jakiegoś burgera. Nie raz nawet zgrzeszę i kupię ale najczęściej zaraz widzę obraz któregoś podopiecznego z chorobami przewlekłymi spowodowanymi głównie przez chemiczne jedzenie by stracić apetyt. To nie znaczy, że nie zjadam np. boczku czy smalcu. Uważam, że organizm potrzebuje wszystkiego. Różnica polega na tym, że jeśli już boczek to jeden plasterek a nie pół kg a jeśli smalec to kromka z ciemnym pieczywem. Jedna a nie ich pięć. Ja nie jadam czy się obżeram ale smakuje, delektuję się smakami. Proszę spojrzeć na swoich podopiecznych...ilu z nich ma smak ?. Niewielu..ich kubki smakowe przez chemię spożywaną w produktach uległy zepsuciu. Ile osób potrafi wyczuć w pokarmie majeranek, tymianek itp.?
Nigdy jednak nie "reperuję", nie wymuszam na moich podopiecznych, znajomych  zmiany pokarmów. Uważam, że każdy ma wybór i każdy powinien świadomie decydować sam czy wybiera zdrowie czy chorobę. Akceptuję więc nawyki żywieniowe moich podopiecznych ale zdarzają się sytuacje gdy rodziny z ciekawością spoglądają na mnie, zaczynają pytać i interesować się żywnością.
Często w rozmowach mówię im o dokonywanych w życiu wyborach i ich wpływie na nasze życie. Przytaczam też im przykład. Proponuję aby zobaczyli oczami wyobraźni konia...pięknego, czystego, długo żyjącego a obok zaraz spojrzeli na świnię. Brudną, spasioną fleję. Popatrzyli na ich pokarmy. Koń jada czyste, zdrowe a świnia zeżre wszystko. Zepsute, nadgniłe...ale aby było dużo.  I gdy już zobaczą oczami wyobraźni te dwa zwierzęta ale i ich pokarmy odpowiedzieli sobie...kim są.
Koniem...czy świnią bo ja  zdecydowanie wybrałam konia zgodnie z powiedzeniem "jesteś tym co jesz".
Każdy z nas patrzy. A tak niewielu widzi a przecież nic nie zdarza się przypadkiem. Więc jeśli chcesz dobrze zadbać o swojego podopiecznego, o innych najpierw trzeba umieć zadbać o siebie.
/EE/




sobota, 2 czerwca 2018

polskie babcie - opiekunki



Kolejna sztela i kolejna historia a właściwie to kolejny cyrk, które stworzyły opiekunki ku utrapieniu innych polskich, normalnych opiekunek. I nie będzie to historia mojej zmienniczki, która nic nie zawiniła ale wręcz ponosiła konsekwencje działań 70- letniej czyli polskiej babci - opiekunki.
Sama z dużą nadwagą, aby zatuszować swoją mniejszą sprawność fizyczną przywoziła palącej podopiecznej po 4 sztangi papierosów..oczywiście w prezencie. Ze swojej wielkiej troski o babcię za swoje pieniądze kupiła bardzo ładne /to fakt/ narzuty na łóżko aby podopieczna tak nie pociła się pod kołdrą.  Kupiła Babci spodnie i dwie bluzeczki. Oczywiście żarcie też kupowała w większości za swoje - syn podopiecznej bardzo oszczędny / czyt. skąpy/. Pomijam ile zarobiła za swoją pracę biorąc pod uwagę jej wydatki ale fakt faktem nasza polska babunia mówiąc bez ogródek "zjebała" tę sztelę dokładnie. Oczywiście nie omieszkała wszystkich poinformować jakie miała dobre serce, jaka była empatyczna, jak to doglądała nawet w nocy swoją podopieczną. Pominęła fakt, że ją tymi swoimi kluseczkami, pierożkami spasła do wagi 150 kg, ale na dodatek że to Ona w sumie jest winna  odleżynom podopiecznej gdyż rany leczyła spirytusem salicylowym., co nie dość, że nie zaleczyło powstających odleżyn ale wręcz je zaogniło. No ale miała dobre serce i była...empatyczna. Baa...Ona sama na fb chwaliła się jaka to jest wspaniała.
I tak właśnie się dzieje. To nie nowicjuszki psuja miejsca pracy. To nie młode psują. Te mają świadomość swoich praw ale i obowiązków. Nie jedna z nas przymyka oko na przepisy prawne i pracuje dłużej niż te 8 godz. dziennie. Niejedna z nas rezygnuje z wolnych 2 godz bo akurat jest wizyta lekarska. Każda z nas często przymyka oko na te przepisy....ale do licha, chyba jakaś granica tych ustępstw istnieje.
Polskie Babcie- opiekunki, te po 70-ce często aby ukryć swoje niedomagania fizyczne, własne kłopoty zdrowotne, często o laseczkach czy rolatorach dokonują "cudów" aby tylko mogła zostać, mogła pracować. Część z nich pewnie z racji wieku zdziecinniało na tyle, że zabawiają się w mamusie, babusie  i doglądają tych swoich podopiecznych jakby to byli nie ludzie starsi ale lalki  zapamiętane z dzieciństwa. Bo warto zaznaczyć, że wiek emerytalny ustanowiono owszem, i z powodów ekonomicznych ale także i na podstawie medycyny stwierdzając, że właśnie w tym wieku kończy się wiek produkcyjny a tym samym zdolność do pracy. Nie wkładam wszystkich oczywiście do jednego worka. Sama spotkałam Panią mającą 74 lata i Jej profesjonalizmowi niejedna młódka mogłaby pozazdrościć. Jednak i ona mimo sprawnej głowy miała chore serce, bajpasy, kilka operacji. Podejmowanie decyzji o pracy opiekunki niosło za sobą ryzyko jednak nie ingeruję w tym przypadku w podjętą przez nią decyzję. Jednak w większości przypadków wraz z wiekiem, po 70=ce spada sprawność manualna, psychiczna, że o fizycznej nie wspomnę. Propozycja aby w wieku bodajże 65 lat ponownie stawać do badań dla kierowców mówi samo za siebie. Jest czas dzieciństwa, zabawy, jest czas pracy ale potem nadchodzi czas odpoczynku. Dla jednych wcześniej dla innych później ale jednak nadchodzi.
Zdaję sobie owszem sprawę, że te Panie nie jadą z nudów ale z potrzeby finansowej. I jeśli tylko można to czemu nie...ale na litość boską nie zasłaniajcie swoich niedomagań fizycznych czy psychicznych nadgorliwością, by o głupocie nie wspomnąć. Czasami naprawdę nie warto trzymać się kurczowo pracy, pomimo własnych niedomagań bo to kompletna degradacja samego siebie. W waszym źle rozumianym poczuciu własnej wartości, która jak wiadomo nie jest cechą stałą, nie jest wrodzoną ale jest wyborem człowieka..ośmieszacie same siebie. Przed innymi opiekunkami, przed niemieckimi rodzinami czy samym podopiecznym; który często ma bardziej sprawną głowę od Was.Ośmieszacie siebie ale przy okazji psujecie miejsca pracy innym opiekunkom, często potem złorzecząc na Bogu ducha agencje, że nie załatwiły, nie dopilnowały.
Jestem  przygotowana na hejt, który teraz pojawi się ze strony naszych 70- cio letnich kochanych polskich babć od konfiturek, pierożków itp. ale na koniec zadam Wam pytanie na które można odpowiedzieć tylko: tak, nie lub nie wiem.
" Czy przestała Pani niańczyć swoich podopiecznych, matkować im i tym samym psuć sztele innym opiekunkom"?
/EE/


czwartek, 31 maja 2018

czas na dietę

Marzec. Po raz kolejny staję na wagę. Nie mogę uwierzyć , przecież ja nigdy w swoim życiu tyle nie ważyłam. Jak mogłam do tego doprowadzić? Już z paniką lecę do szafy, wyciągam wszystkie spodnie. Zaczynam przymierzanie. No nie...nie wchodzę w żadne. Obok leży z około 20 par, ale żadne nie pasują. Z przerażeniem myślę o kolejnym wyjeździe do Niemiec bez spodni.Muszę kupić jakieś spodnie. Rozmiar a może i dwa większe. Pędzę do sklepu i kupuje nawet nie przymierzając kolejne dwie pary. Nie mierzę bo to kolejny dla mnie stress. Już i tak wystarczająco mam nerwy szarpnięte. Pocieszam się, że te spodnie to tylko chwilówka.
Aby sobie ulżyć dzwonię po przyjaciółkach aby je trochę "opitolić", że nie powiedziały mi iż zaczynam być gruba. Niby mnie pocieszają ale i tak trochę odbijam sobie na nich. Bo dla mnie przyjaźń to mówienie sobie prawdy. Zwłaszcza, że są to dziewczyny też dbające o siebie, znające swoją wartość i nie bojące się mówić prawdy.
Po wyładowaniu się zrezygnowana siadam w fotelu. Przeglądam fb ale w głowie tylko jedna myśl "jestem gruba". Jak ja się ludziom na oczy pokażę. Jak pojadę do Niemiec? Po południu odmawiam koleżance pójścia na imprezę. Ni hu,hu...taka gruba to ja nigdzie nie idę. Zrezygnowana, załamana idę wcześnie spać, tak jakbym liczyła, że wstając rano będę piękna i młoda.
Wraz z kolejnym dniem postanawiam: dieta !!!! Wybieram 1000 kalorii, ściągam apkę na telefon, która będzie mnie motywować. Wyrzucam z lodówki masła i wszystko co jest bombą kaloryczną. Ponieważ jestem na urlopie postanawiam zacząć trochę więcej przebywać na powietrzu. Bieganie?..Jestem za leniwa ale decyduje się na spacery. Pierwszy okazuje się katastrofą.  Przejście 40 schodków stromo w górę okazuje się dla mnie wyzwaniem prawie nie do pokonania. Gdy jestem już na górze czuję się tak jakbym zdobyła co najmniej Śnieżkę. Ledwo zipię i dycham. Jestem przerażona. Prawie zapłakana wracam do domu. Jednak kolejnego dnia konsekwentnie idę ponownie zdobywać te schodki. Wiem, że konsekwencja sprawi, że moja kondycja się będzie poprawiać. Dodatkowo codziennie po 3 razy staram się wbiegać na czwarte piętro i z powrotem.
Cały czas się zastanawiam jak żyją ludzie naprawdę otyli. Tyle razy widziałam na sztelach opiekunki, które nie miały siły wchodzić na piętro. Pokonywały je trzymając się barierki i odpoczywając na każdym stopniu. Pomijam ich bolące kolana i nogi. Wiem jedno...ja do tego u siebie nie dopuszczę. Nikt mnie nie przekona, że "kochanego ciałka nigdy za wiele".
Maj. Doszłam do wagi może nie mojej normalnej ale przynajmniej do tej, którą zdarzało mi się mieć. Te cholerne moje schodki pokonuję już spokojniej. Spacery zamieniły się z czasem na szybkie marsze. Nawet moja apka czasami pokazuje mi, że przebiegłam tyle i tyle. Nie biegłam tylko bardzo szybko chodzę. Dziennie przemierzam po około 5-6 km. Złapałam chyba bakcyla bo teraz dzień bez takiego marszu wydaje mi się dniem straconym. Planuję z rzucić jeszcze z jakieś 5 kg zakładając, że ta rezerwa to ewentualny efekt jo-jo. Jednak i tak gdy dojdę do swojej wymarzonej wagi nie odpuszczę już spacerów, podziwiania natury, śpiewu ptaków. Zdecydowanie czuję się lepiej i tu nie chodzi tylko o moją psychikę ale i kondycję. Czuję się zdrowsza.
Nie zrezygnowałam z żadnych artykułów..po prostu jadam mniej, tak aby nie przekroczyć tych 1000 kalorii. Podjadam ogórki, marchewki, które non stop są blisko mnie, na wyciągnięcie dłoni. I zdecydowanie pijam więcej wody. Zaczynam wracać do normalności. Nie muszę już się zadowalać myślą, że mężczyźni poza ciałem widzą rozum. Ale i nie tylko mężczyźni. Kobiety także.
Teraz zasiadając do posiłku najpierw staram się poczuć szczęśliwa. Docenić to co mam, co osiągnęłam...a dopiero potem jem. Jem ale nie próbuje zjadać swojego szczęścia. Delektuję się każdym kęsem.
Wiem, że przede mną jeszcze sporo pracy....ale tak...Jestem szczęśliwa. Bo moją dominującą intencją i racją istnienia jest to aby zawsze żyć szczęśliwie.
/EE/



piątek, 11 maja 2018

Roszczeniowe opiekunki



Pamiętam tamte czasy...14 lat temu gdy zaczynałam swoją przygodę jako opiekunka osób starszych. Wtedy jeździłyśmy głownie na "czarno". Byłyśmy szczęśliwe gdy nie brakowało jedzenia, gdy miało się szczęście na dwie godziny pauzy, gdy nikt nas nie wyrzucał po tygodniu pracy bez kasy. A już telewizor w pokoju to był nasz szczyt marzeń tak jak jedna rozmowa na tydzień z Polską.
Teraz wiele się zmieniło...Mamy czas wolny, przynajmniej na piśmie czas pracy na tydzień /ilość godzin/, mamy internet. Jeśli są problemy z jedzeniem to wydzwaniamy do agencji prosząc o interwencję. Choćby psychicznie czujemy się pewniej mając  agencje za sobą. Ileż to bowiem razy straszymy rodziny że zadzwonimy do agencji na skargę. Powoli, ale jednak opiekunki podnoszą głowy. Są bardziej świadome swoich praw, są lepiej wyszkolone /przynajmniej część z nas/. Coraz częściej walczą  przed sądami dochodząc swoich praw.
Niestety niektórym opiekunkom ta pewność doprowadziła do tego, że im więcej mają tym więcej narzekają, tym więcej żądają. Już nie zaczynają pracy od poznania swoich obowiązków ale od wykrzykiwania swoich żądań, od  kontroli nowego miejsca, czy aby wszystko mają.
Nie bez powodu piszę ten post. Coraz częściej na swojej drodze spotykam bowiem opiekunki, którym już dosłownie w mózgach się poprzewracało. Za pieniądze rodzin czy też podopiecznego  zakupują szampony, lakiery do włosów, żele pod prysznic...ba nawet spotkałam dwie Panie które kupowały papierosy. Bo przecież im się należy. A przecież wszystkie akcesoria potrzebne opiekunce winna opiekunka zakupywać na własny koszt. Co innego mydło, płyny do dezynfekcji rąk..ok, to nam jest potrzebne w pracy..ale szampony, podpaski dla siebie ?  Tylko patrzeć gdy za moment opiekunka na koszt rodziny będzie zakupywać buty, odzież bo przecież musi jakoś wyglądać. Jak to łatwo jest wydawać cudze pieniądze. Pieniądze na które ktoś musiał być może ciężko pracować.
Pomijam fakt, że często przyjezdna opiekunka zaczyna od wyliczania, że pampersów nie zmienia /bo ona się brzydzi/, że nie będzie jadała z podopiecznym bo on mlaska...itd. itp..
Narzekam często na agencje, bo rzeczywiście w pędzie zarabiania kasy zapominają nieraz o tej opiekunce. Że zarabiają kasę na naszych garbach,  niesłusznie potrącają kary....ale i współczuję agencjom. Współczuję agencjom, gdy muszą się "użerać: z roszczeniowymi opiekunkami. Gdy muszą wysłuchiwać tylko narzekań i skarg nie zawsze uzasadnionych. Mimo wielu łez wylanych w Niemczech nigdy nie zamieniłabym się z agencjami miejscami. Nigdy nie chciałabym być po tamtej stronie i znosić często nieuzasadnione roszczenia opiekunek. Wystarczy wejść na grupy dla opiekunek, wystarczy poczytać komentarze. Im bardziej pusty łeb tym większe żądania i roszczenia.
I tak sobie myślę, że im lepsze warunki pracy mają opiekunki, większe poczucie bezpieczeństwa tym więcej tracą na własnej godności. Kiedyś J.I.Kraszewski powiedział, że "największa nędza i poniżenie potrafi stać się poszanowania godnym, gdy człowiek je znosi z poczuciem własnego dostojeństwa". Tak...te 14 lat temu, mimo, że miałyśmy tak niewiele to jednak z godnością potrafiłyśmy znosić wszystkie "razy". Potrafiłyśmy docenić każdy drobny gest, każdy uśmiech.
Teraz im więcej opiekunki mają, tym chcą coraz więcej nie bacząc na własną godność.
Oczywiście są też te, którym nie obce jest słowo przyzwoitość, uczciwość, pokora i godność.
/EE/


niedziela, 6 maja 2018

empatia i asertywność



Zdecydowanie nie lubię tych słów. Są nadużywane i to zwłaszcza przez opiekunki. Empatia bowiem wcale nie jest potrzebna by być dobrą opiekunką. Zrozumienie, akceptacja a często zwykła przyzwoitość wystarczy by dobrze wykonywać swoją pracę. Empatia co najwyżej może sprawić, że zbyt emocjonalnie podejdziemy do swojej pracy co skończyć się może tragicznie dla nas samych.
Ale "empatia" ładnie brzmi i wielu opiekunkom wydaje się wtedy, że są doskonałe, nawet jeśli za chwilę wstawiają zdjęcie swojego podopiecznego na portalu społecznościowym.
Asertywność...jakże często przeradza się w zwykłe chamstwo, krzykliwość, roszczeniowość.
Brak zrozumienia tych dwóch słów to efekt niedouczenia, braku wiedzy, kultury osobistej wielu opiekunek.
Wczoraj w swoim poście podałam dwa autentyczne przykłady zachowań opiekunek. Zapytano mnie jak ja w takich sytuacjach sobie radzę, jak postępuję. Przede wszystkim jadąc do nowej rodziny nie zakładam, że wszyscy mają mnie kochać, dlatego też branie dla nich prezentów jest absurdem i wyrzucaniem moich pieniędzy w błoto. Nigdy nie wojuję o dane miejsce. Nie zabiegam, nie proszę nikogo, że chcę na dane miejsce wrócić. Ba....to ja sobie pozostawiam decyzję czy tam wrócę czy nie.  Jeśli rodzina nie zamierza mnie tam więcej gościć to mam jedną decyzję mniej do podjęcia, jeśli jednak chce mojego powrotu to ja podejmuję decyzję. Kiedyś opisywałam zachowanie jednej z opiekunek /moja zmienniczka/, która bombardowała telefonami wszystkich..począwszy od agencji, poprzez rodzinę i podopiecznego aby tylko tam wrócić. Dla mnie to żenada. To wstyd dla samej takiej osoby. Brak godności, szacunku dla siebie. Ot..takie zero bardzo zdesperowane, bardzo niedocenione, margines. Bo na siłę wojować o dane miejsce, często kosztem innej Polki, która ta obmawia i oczernia, tylko po to by móc zmieniać śmierdzące pampersy jest zaprawdę tylko dowodem na to, że dla danej osoby brudne pampersy są szczytem marzeń. A przecież te brudne pampersy czekają na zmianę na terenie całych Niemiec. Dla nikogo ich nie zabraknie. No chyba, że dla tej zdesperowanej pampers tej właśnie podopiecznej pachniał konwaliami.
W przypadku zachowania drugiej opisywanej przeze mnie sytuacji, gdy to rodzina "zapomina" o zwykłym słowie dziękuję czy do widzenia także i moja reakcja byłaby diametralnie inna. Skoro tak jak wspomniałam na wstępie nie zabiegam aby mnie kochano, są dla mnie ludźmi obcymi i zupełnie obojętni tym samym nie zależy mi na ich "dziękuję" czy "do widzenia". Te słowa są mi do niczego nie potrzebne.  Fakt...miłe jest, gdy rodzina na koniec doceni pracę opiekunki ale gdy tego nie zrobi to też nie jest to dla mnie koniec świata. Więcej tam nie pojadę bo u chama pracować nie zamierzam więcej. I tyle. Dlatego na ich brak pożegnania reaguję obojętnością i na pewno nie latam sama do nich aby się z nimi pożegnać. A gdy na ich nieszczęście zadzwonią do mnie abym wróciła do informuję krótko " nie, bo Państwo nie potrafią docenić pracy opiekunki". Koniec
Jeszcze jedna sytuacja mnie bardzo bulwersuje...tym razem zachowanie rodzin czy podopiecznych. Gdy to jeszcze dobrze nie usiądę a już słyszę narzekania na moją poprzedniczkę, często złorzeczenia czy krytykę. Nigdy nie pozwalam sobie na tego typu dyskusje z rodzinami. Gdy sama widzę zaniedbania poprzedniczki to co najwyżej ją o tym informuję ale nigdy nie roztrząsam tego tematu z rodziną. Krótko informuję, że na ten temat rozmawiać nie zamierzam, bo nie w tym celu przyjechałam. Gdy mimo to nadal słyszę narzekania to patrząc na podopiecznego stwierdzam....że widać, że jest najedzony, brudem nie zarósł, o śmieci się nie potknęłam wchodząc do tego domu więc chyba ktoś o to zadbał...i na pewno nie był to sam podopieczny. Nie akceptuję takich dyskusji bo mam świadomość, że gdy nadejdzie mój wyjazd te same tyrady i narzekania padną także i pod moim adresem.
Także, wraz z latami spędzonymi na wyjazdach nauczyłam się nie pozwalać na manipulowanie moją osobą. Nie pozwalam sobie aby traktowano mnie jako atrakcję dla zabicia swojego czasu, na rozpędzenie nudy. Daleko nie szukając przykładu...mój obecny podopieczny cały dzień spędza na fotelu. Nie ruszy nawet nogą bo jest zwykłym leniem a zresztą ma przecież Polkę. Jedyną jego atrakcją jest wymyślanie jadłospisu, zwłaszcza obiadu tak aby jak najbardziej upierdo.....życie opiekunki. Ostatnio nagle wymyślił, że chce na obiad gulasz...ale : z 10 dkg wieprzowiny i z 10 dkg wołowiny. Ot takie frykadele  z mięsa mielonego tyle że to gulasz. Znając już te jego upodobanie nie tylko do umilania życia ale i do ciągłego skarżenia się do rodziny a dodatkowo mając zasadę, że z głupolami nie dyskutuję..odpowiedziałam po prostu.."dobrze". Na drugi dzień kupiłam 20 dkg wieprzowiny z której zrobiłam gulasz a podając obiad poinformowałam, że to zamówiony przez niego gulasz misz-masz. Gdy skończył jeść spytałam jeszcze, które mięso bardziej mu w tym gulaszu smakowało, odpowiedział, że "wołowinka była super, ale to drugie mięso też miękkie było". Ot smakosz, ot koneser dobrej kuchni. Podałam ten przykład, by pokazać, że czasami warto robić swoje, po swojemu i nie tracić czasu na jakieś bzdurne dyskusje czy tłumaczenia. Bo tak jak napisałam wczoraj...dyskutuje się z równym sobie. Pozostałym co najwyżej można wydawać rozkazy.
Kiedyś zapytałam moją podopieczną, co by zmieniła w swoim życiu, gdyby mogła cofnąć czas. Po długim namyśle powiedziała "chciałabym być tak silna jak Ty. Tyle razy Ci dokuczałam, nie raz robiłam na złość a ty nigdy nie zniżyłaś się do mojego poziomu. Potrafiłaś mi powiedzieć tylko "żal mi Ciebie", nieraz powiedziałaś tylko "nie" a nie raz co było najgorsze odwracałaś się na pięcie i wychodziłaś nawet na mnie nie patrząc. A ja wtedy czułam się taka maleńka i bezbronna.  Słuchałam Jej, nie przerywając po czym gdy skończyła powiedziałam jej tylko " Ruth, ja zawsze czekałam na Twój uśmiech, tęskniłam za Twoim uśmiechem...ale jeszcze bardziej zawsze tęsknie za swoim".
I o to by ten uśmiech na mojej twarzy zawsze był pracuję każdego dnia. Pracuję nad sobą i nad swoim samopoczuciem. Nie tracę czasu na głupoty, bzdurne przepychanki z ludźmi do których schylać mi się nie chce. Życie jest tak krótkie a ja je chcę przeżyć najpiękniej jak umiem...z uśmiechem na twarzy.
To mój sposób na życie..z którym mój czytelnik zgadzać się nie musi. Jedni stwierdzą że to empatia, inni że asertywność..dla mnie wystarczy słowo "przyzwoitość".
/EE/